UCIECZKA Z UCZELNI, CZYLI PAŃSTWO W CZASIE BURZY

Warszawa

Uciekłem dziś z uczelni.

Nie w przenośni. Naprawdę uciekłem. Zamknąłem laptop, zostawiłem studentów z niedokończonym wykresem o algorytmach decyzyjnych i wyszedłem z budynku jak człowiek, który nagle przypomniał sobie, że zostawił w domu włączony gaz.

Czasem trzeba wyjść z miejsca, gdzie myśli się logicznie, żeby zobaczyć, jak nielogiczny potrafi być świat.

Było wczesne popołudnie w Toronto. Powietrze chłodne, czyste, trochę jak w laboratorium fizyki. Temperatura blisko zera, światło nad jeziorem Ontario metaliczne jak klinga noża. Kanada wyglądała spokojnie, rozsądnie, uporządkowanie – jak kraj, który uważa, że polityka powinna przypominać księgowość, a nie jarmark ambicji.

A ja siedziałem na ławce i czytałem wiadomości z Polski.

I czułem wstyd.

Nie taki zwykły wstyd, kiedy człowiek pomyli nazwisko profesora albo wyśle maila bez załącznika. Nie. To był wstyd ciężki, państwowy, historyczny – taki, który pojawia się wtedy, gdy państwo zaczyna zachowywać się jak drużyna piłkarska, która strzela gole do własnej bramki, a potem ogłasza sukces taktyczny.

Prezydent zawetował SAFE.

I zrobił to z miną człowieka, który właśnie uratował ojczyznę przed najazdem księgowych z Brukseli. W rzeczywistości wyglądało to raczej jak sytuacja, w której strażak z dumą niszczy hydrant, podczas gdy dom za jego plecami zaczyna się palić.

Program, który Polska sama współtworzyła. Program, który mógł przynieść prawie 44 miliardy euro na obronność. Pieniądze na fabryki, na armię, na cyberbezpieczeństwo, na Straż Graniczną, na policję, na te wszystkie elementy państwa, które sprawiają, że kraj przestaje być tylko mapą, a staje się systemem bezpieczeństwa.

Zagraniczne media patrzą na to z mieszaniną zdumienia i politowania. W Reutersie i AP pojawia się ten sam refren: Polska znów prowadzi wojnę sama ze sobą. Europejscy analitycy opisują to chłodno – konflikt między prezydentem a rządem, kolejny epizod polskiej wojny instytucjonalnej.

Wyobrażam sobie tę scenę.

W jakimś biurze Komisji Europejskiej siedzi trzech urzędników nad tabelą finansową. Jeden pije kawę, drugi patrzy na mapę przemysłu zbrojeniowego w Europie, trzeci mówi:

– Polska mogłaby dostać czterdzieści kilka miliardów.

Pierwszy kiwa głową.

– Polska potrzebuje tych pieniędzy.

Drugi wzdycha.

– Polska też je wymyśliła.

I wtedy trzeci mówi zdanie, które w Europie zaczyna być już pewnym refrenem:

– To zobaczmy teraz, jak Polska spróbuje sobie w tym przeszkodzić.

I rzeczywiście – Polska spróbowała.

W Warszawie trwa burza. Czarzasty mówi o zdradzie stanu i o 185 miliardach złotych utraconych szans. Kosiniak‑Kamysz mówi o decyzji przeciw bezpieczeństwu państwa. Sikorski mówi wprost o kłamstwie. Generał Koziej mówi o zwycięstwie polityki partyjnej nad strategią.

A premier zwołuje na rano nadzwyczajne posiedzenie rządu.

I tu pojawia się scena niemal literacka.

Na posiedzenie rządu – choć nikt go nie zapraszał – ma przyjść przedstawiciel prezydenta.

Bogucki.

Człowiek, który wygląda w tej historii jak emisariusz wysłany z Pałacu Prezydenckiego, żeby sprawdzić, co rząd zamierza zrobić i czy przypadkiem ktoś nie próbuje jeszcze ratować państwa.

Polityka w Polsce zaczyna przypominać kiepski serial szpiegowski. Tyle że zamiast agentów mamy polityków, a zamiast strategii – urażone ambicje.

Ale najpiękniejsza scena tej historii wydarza się w mojej wyobraźni w Pałacu Prezydenckim.

Jest noc. W jednym z gabinetów pali się światło. Przy wielkim stole siedzi prezydent, obok doradcy, ktoś z NBP i ktoś z kancelarii. Na środku leży kartka z napisem „SAFE 0%”.

Jeden z doradców pyta nieśmiało:

– A skąd będą pieniądze?

Drugi odpowiada z powagą profesora ekonomii ludowej:

– Z zysków NBP.

– Ale NBP nie ma zysków.

– Na razie.

– A jak dalej nie będzie?

Chwila ciszy.

Ktoś w końcu wzrusza ramionami.

– To wtedy zrobimy SAFE minus pięć.

Tak właśnie wygląda dziś część polskiej myśli państwowej.

Z jednej strony realny europejski program finansowania obronności. Z drugiej strony narodowa konstrukcja finansowa przypominająca rower zbudowany z części od traktora, czajnika i patriotycznego uniesienia.

Siedziałem na tej ławce w Toronto i pomyślałem o czymś jeszcze.

Europa patrzy dziś na Polskę jak na zdolnego studenta, który sam wymyślił świetny projekt badawczy, przekonał wszystkich do jego finansowania, a potem – tuż przed podpisaniem umowy – wstał i ogłosił, że projekt jest spiskiem dziekana.

A potem jeszcze zapowiedział, że sam zbuduje laboratorium z pieniędzy, których jeszcze nie ma.

To jest moment, w którym człowiekowi naprawdę brakuje sił.

Bo polityka powinna być sztuką rozwiązywania problemów. A w Polsce coraz częściej jest sztuką ich produkowania. Państwo powinno działać jak dobrze zaprojektowany system. Tymczasem coraz częściej działa jak kłócąca się rodzina przy świątecznym stole. Ktoś przewraca talerz, ktoś trzaska drzwiami, ktoś wygłasza patriotyczny toast, a ktoś inny liczy w myślach, ile jeszcze zostało do deseru.

I tylko gdzieś w tle stoi armia, przemysł, gospodarka i bezpieczeństwo kraju.

Czekają.

Bo państwo – w przeciwieństwie do polityków – nie może sobie pozwolić na obrażanie się na rzeczywistość.

I jest w tym wszystkim jedna ironia, która powinna zostać zapisana w podręcznikach polityki.

Program SAFE i tak najpewniej będzie realizowany inną drogą. Weto nie zatrzymało pieniędzy.

Tylko pokazało, kto w Polsce najgłośniej przeszkadza, kiedy państwo próbuje działać rozsądnie.

A historia zapisze to bardzo krótko.

Polska dostała miliardy na bezpieczeństwo. I wtedy pojawił się prezydent. A potem zrobiło się głośno. I głupio.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights