
W piątek w Pałacu Prezydenckim odbyło się spotkanie dwóch panów, którzy w teorii powinni współpracować, a w praktyce przypominają rozwiedzioną parę, która nadal mieszka pod jednym dachem. Donald Tusk i Karol Nawrocki rozmawiali o bezpieczeństwie, wojnie w Ukrainie, relacjach z Trumpem, szczycie G20 i o wszystkim tym, co wymaga zgody. Niestety, zgody nie było, choć rzecznik prezydenta i premier przez moment udawali, że są tego samego zdania.
Ale nawet najsprawniejszy briefing nie zakryje faktu, że jeszcze zanim premier zdążył wejść do Pałacu, prezydent Nawrocki zdążył zawetować trzy kolejne ustawy. To było już jego 23. weto w ciągu pięciu miesięcy, a patrząc na tempo, można się spodziewać, że średnio co tydzień będziemy słuchać o tym, czego Karol Nawrocki znowu nie może podpisać. Człowiek od długopisu zamienił się w człowieka od skreślania. Gdyby miał decydować o literaturze, wykreśliłby Szekspira, bo „za długie”.
Oczywiście nie chodzi tylko o ustawy. Chodzi o dominację, o pokazanie, kto tu ustala reguły gry. Nawrocki, podobnie jak niegdyś Lech Kaczyński, chce sam jechać na szczyt G20 i uważa, że zaproszenie dla Polski padło w trakcie jego rozmowy z Donaldem Trumpem, więc tylko on ma prawo reprezentować kraj. Równie dobrze mógłby powiedzieć, że skoro zjadł pizzę w towarzystwie gospodarza, to teraz ma prawo zarządzać całą pizzerią. Ego Nawrockiego rozrasta się jak zakwas na chleb w sierpniu — pęcznieje, bulgocze i rozlewa się po blacie.
Premier Tusk robi dobrą minę do tej coraz bardziej groteskowej gry. Zapowiada współpracę w kwestiach strategicznych, mówi o „jednym głosie” w sprawach bezpieczeństwa. Ale to współpraca przypominająca próbę wspólnego gotowania, kiedy jedno z kucharzy wyrzuca drugiemu garnki przez okno, a potem stwierdza: „dobrze nam idzie”.
Tymczasem prezydent, nie bez wsparcia „doradców”, wetuje wszystko, co pachnie reformą, nowoczesnością czy zmianą. W ustawie o cyfryzacji dopatrzył się cenzury i porównał ją do „Ministerstwa Prawdy” z Orwella. Inne projekty, jak cyfrowe ubezpieczenia czy zmiany w NCBiR, rzekomo uderzają w słabszych i naukowców. Retoryka jest zawsze ta sama: „są granice, których przekroczyć nie wolno”. Choć coraz częściej słychać głosy, że to raczej granice zdrowego rozsądku zostają regularnie przekraczane.
Ale prawdziwe złoto zaczyna się tam, gdzie kończy się zdrowy rozsądek. Bo oto na horyzoncie pojawia się idol Karola — sam Donald Trump. Pomarańczowy bóg egocentryzmu, megalomanii i solarium. Nawrocki zapatrzony jest w niego jak chłopiec z podstawówki w nowy zestaw LEGO Technic. Co tam Tusk, co tam Unia — ważne, że Trump odebrał telefon i może nawet kiedyś poda mu rękę. I być może to wystarczy, by nasz prezydent uznał się za „wyłącznego reprezentanta Polski w kontaktach z Ameryką”. Takiego ambasadora Trumpa w Warszawie. Pół-mesjasz, pół-mim.
Obaj panowie zresztą mają ze sobą więcej wspólnego, niżby chcieli przyznać. Obaj nie cierpią sprzeciwu, obaj uwielbiają mówić długo i o sobie, obaj nie rozumieją internetu, ale bardzo chcą go kontrolować. Tyle że Trump może przynajmniej zwołać konferencję w Las Vegas z pokazem laserów i flamingów, a Nawrocki co najwyżej zwoła Urszulę Pasławską na briefing o patriotyzmie.
I tak rok 2026 zaczynamy zimą — meteorologiczną i polityczną. W Pałacu zima lodowata, w Sejmie mróz, a na linii prezydent-premier zapowiada się sezon arktyczny. Może ktoś przyniesie im kiedyś grzańca. A może tylko Trump — jak sam mówi — da im własność, której nie zapewnią traktaty: jedno wspólne selfie spod palmy na G20. Nawrocki wrzuciłby je na Instagram z opisem: „#PrezydentŚwiata”. I jeszcze dodałby filtr. Pomarańczowy, oczywiście.
I tu dochodzimy do najzabawniejszego paradoksu tego politycznego kabaretu: jedyną osobą, która ma realną szansę pogodzić Tuska z Nawrockim, jest Donald Trump. Człowiek, który nie zna kompromisu, może zostać patronem kompromisu w Polsce. To trochę tak, jakby zatrudnić niedźwiedzia jako negocjatora w sklepie z porcelaną — zadziała tylko dlatego, że wszyscy się go boją i nikt nie chce, żeby zaczął się ruszać.

Dodaj komentarz