
Zacznijmy od pamięci, bo to ona jest dziś towarem deficytowym. Pamiętam Sierpień jak zniszczone dłonie od ciężkiej pracy – popękane, ale pewne. Pamiętam bramę, na której wieszało się nadzieję jak świeżo wyprane prześcieradła. Pamiętam taksówkarzy, co wieźli za darmo, i robotników, co oddawali podwyżki pielęgniarkom. To był koncert: chór, orkiestra i publiczność śpiewali tę samą pieśń. A teraz? Teraz mamy dwa chóry, trzy dyrygentki, czterech sponsorów i jednego solistę z bejsbolem, który myli „Solidarność” z „S” na fakturze.
W poniedziałek Karol „von Weto” Nawrocki wyszedł na scenę i jednym ruchem zamienił ustawę o pomocy dla Ukraińców w kartkę z notesu „nie teraz”. Piękny gest na miarę zamykania drzwi od środka i tłumaczenia stojącym na klatce schodowej, że to dla ich dobra. Po trzech i pół roku wojny, gdy rakiety trafiają w bloki, prezydent woli trafić w uchodźców. Hasło „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” po redaktorskiej diecie brzmi uczciwiej: „Polska dla Polaków”. Bez sosu, za to z ostrym posmakiem selekcji na bramce.
We wtorek gala zwana Radą Gabinetową. Wersja de luxe: smokingi, kamery, a na środku ring z Konstytucji. Nawrocki w roli konferansjera nieszczęść państwowych – dużo dymu, mało ognia – i Donald Tusk, który gasi pożary wodą, nie benzyną. Dwóch absolwentów jednego wydziału historii: jeden przyniósł plan, drugi lustro. Kiedy padło hasło „odpowiedzialność”, premier wyjął tabelę, a prezydent – bejsbol. Wynik pierwszej rundy: UG 1 : bejsbol 0.
Po drodze z sufitu zaczęło kapać – pismo z MSZ wyciekło jak woda z instalacji po szybkim remoncie. Radosław Sikorski spytał, kto był „takim durniem”; pytanie proste jak klucz 13 – niegrzeczne, ale konieczne, bo przeciek to nie „transparentność”, tylko kuchenne partactwo. Państwo nie jest reality show, w którym publiczność sms-uje, czy bohater ma wziąć instrukcję na spotkanie.
Środa przyniosła ciszę, jakiej się nie zagłusza. Radom i tragiczny wypadek przed Air Show. Tu metafory się odkłada. Zostaje pokora i zasada, która obowiązuje także w polityce: margines bezpieczeństwa. Gdy znika, kończy się siła nośna – w powietrzu i w państwie.
W czwartek i piątek druga lekcja pamięci, tym razem z przypisem „prywatne”. Dzisiejsza „S” organizuje swoje obchody. Z selekcją na bramce, z listą gości, z mediami podzielonymi na „nasze” i „obce”. A na deser z prezydencką tyradą, w której pada: „Nikt nam nie zabroni mówić prawdy o Wałęsie” i uprzejmie dziękujemy panu od jedynie słusznego retuszu. Prawda nie potrzebuje ochroniarza, a pamięć nie lubi przepustek. Wałęsa nie jest świętym z katalogu – ale bez jego długopisu historia mogła nie kliknąć. Wiem, bo nie oglądałem tego w telewizji, tylko stałem w tym przeciągu historii na własnych nogach.
W tle wciąż dźwięczy luty 2022: Ukraińcy walczą, a u nas słychać modne hasło „zmęczenie wojną”. Zmęczenie? Owszem, ludzkie. Ale bywa też programowane – paskiem, memem, szeptanką. Ołena mówi, że życie tu bywa „nie do wytrzymania”, bo słyszy: „z tobą nie wolno się bawić”. I choć chętnie opowiadałbym same bajki, mamy liczby: bez 5% pracowników z Ukrainy gospodarka siada jak diesel bez filtra. Bilans wychodzi na plus, czy to trzy do jednego, czy pięć – i tego nie przegada żaden okrzyk z mównicy.
Na tym samym polu wyrasta Niedźwiedź – gmina, co marzy o byciu „strefą wolną od migranta”. To jak ogłosić się strefą wolną od tlenu i dziwić, że wszyscy ziewają. „Polska dla Polski” brzmi jak chodzony w wersji disco: refren łatwy, a potem kac moralny. Kraj bez przyjezdnych przypomina orkiestrę bez instrumentów dętych: smyczki się starają, ale nie słychać oddechu.
A za Atlantykiem snuje się nowy pomysł: prywatne firmy wojskowe jako plaster na pokój. Pokój na fakturę, z opcją „premium” i klauzulą „gwarancji brak”. To tak, jakby wynajmować cherubina do pilnowania nieba – ładnie w folderze, w praktyce brak uprawnień do burz.
I jeszcze list „Ostatniego Pokolenia”: przypomnienie, że liberalizm wyzwala, a demokracja, żeby żyła, musi mieć puls – nie tylko rocznicowe bicie bębnów. Sierpień był rewolucją reguł, nie kłótni o narrację. Wtedy rządzącym postawiono ramy; dziś też trzeba – bo bez ram nawet najpiękniejsza ściana zmienia się w przejście bez drzwi.
Patriotyzm? Nie z przymiotnikiem, tylko z odpowiedzialnością. Za państwo i za ludzi – wszystkich ludzi – którzy tu mieszkają. Ukraina stoi między nami a Rosją jak straż pożarna między lasem a osiedlem. Im bliżej jesteśmy, tym mniej iskier dochodzi do naszych balkonów. To jest prosta fizyka, nie wrażenie estetyczne.
A teraz, skoro obiecałem kpiny, porównań i epitetów pełen kosz: Nawrocki to prezydent teatralny – lubi światło, nie lubi reguł. Kaczyński – kurator własnej przeszłości – poleruje sepię, obraża się na kolory. Dzisiejsza „S” to agencja eventowa pamięci: „Rocznice od ręki, prawda w pakietach, media dobierzemy”. Konfederacja gra rolę DJ-a gniewu: włącza bas, wyłącza fakty. A my? My mamy być publicznością z pilotem – najlepiej na stałe ustawionym na kanał, gdzie prawda mieści się na pasku.
Nie, dziękuję. Zostaję przy rzemiośle: przy Konstytucji jako instrukcji, nie rekwizycie; przy miłości jako kluczu imbusowym, nie romantycznej laurce; przy wodzie zamiast benzyny. Sierpień wygrał, bo bramy były otwarte. Jeśli dziś znów stoimy w korytarzu bez drzwi – to je domalujmy. Mam w kieszeni kredę i pamięć. I – co najważniejsze – poczucie humoru, bo ono dezynfekuje lepiej niż najbardziej patriotyczny płyn.
A więc: mniej żalu, więcej żartu; mniej wieców, więcej reguł. I kiedy ktoś znów krzyknie „Polska dla Polaków”, odpowiedzmy starą sierpniową prawdą: Polska jest dla obywateli. W liczbie mnogiej, bez selekcji na wejściu. I bez bejsbola przy recepcji.

Dodaj komentarz