TYDZIEŃ, W KTÓRYM NOBEL CHODZIŁ NA SMYCZY, A PRAWICA ROBIŁA PRZYSIADY PRZED TELEWIZOREM

Warszawa

Niedzielny wieczór. Telewizor sapie nudą jak astmatyczny hipopotam, igrzyska wyglądają jak szkolny SKS prowadzony przez nauczyciela śpiewu na zastępstwie, więc człowiek – zrezygnowany, ale ambitny – sięga po lekturę. Czytam. I widzę tydzień, który z powagi zrobił konfetti, z dyplomacji pantofelek, a z Nobla – pluszowego misia do ciągnięcia za sznurek.

Zaczęło się od listu. Listu tak słodkiego, że aż kleił palce. Nadawcy: poważni panowie z poważnych gmachów. Treść: Donald Trump jako archanioł pokoju, gołąb pokoju na sterydach, historyczny dobroczyńca ludzkości. Zdanie-klasyk: „Mało kto w historii, jeśli w ogóle, zrobił więcej dla pokoju”. Brakuje tylko przypisu: źródło – wyobraźnia autora.

Ale to nie list był gwoździem programu. Gwoździem był załącznik. Gotowiec. Wzór odpowiedzi. Podpisz, wyślij, nie pytaj. Dyplomacja instant: zalej wrzątkiem, zamieszaj, zachwyć się. Gdzieś między „akceptuję regulamin” a „wyślij bez czytania”. To nie był list – to była instrukcja obsługi klaskania.

I wtedy pojawił się Włodzimierz Czarzasty. Spodziewano się, że zrobi to, co zwykle robi się z takimi papierami: odłoży do szuflady w dziale „uprzejme brednie” i zapomni. A on – skandalista – odpisał. Bez kadzidła, bez ukłonów, bez tresury emocjonalnej. Zrobił rzecz dziś egzotyczną jak zdrowy rozsądek: nazwał rzeczy po imieniu.

Reakcja? Fajerwerki. Ambasador USA w Polsce obraża się na platformie X i zrywa relacje… nie z państwem, broń Boże, tylko z jednym człowiekiem. Dyplomacja w trybie focha. Potem wpis znika, ale smród gówna zostaje – jak po tanim winie pitym na pusty żołądek.

Donald Tusk tym razem nie udaje, że pada deszcz, gdy leje. Staje po stronie marszałka. Europa też prostuje kręgosłup. Meloni – dotąd uśmiechnięta jak hostessa – mówi „nie”. Kanada mówi „nie”. Coraz mniej chętnych do masowania ego, które i tak jest jak czarna dziura: pochłania wszystko, nie oddając nic.

A polska prawica? Tu mamy pokaz gimnastyki artystycznej z elementami baletu klasycznego i jogi podporządkowania. Klękają. Jedni na oba kolana, inni na jedno, ale wszyscy z tą samą nabożnością godną procesji w deszczu, bez parasola i z pieśnią na ustach.

Trump może obrażać żołnierzy NATO. Może pluć na sojusze. Może grozić cłami jak dzieciak łopatką w piaskownicy.

A oni i tak będą bić brawo. Bo to nie jest polityka. To jest sekta z flagą i obowiązkowym uśmiechem.

I wtedy na scenę wchodzi Andrzej Duda. Z gracją pingwina na dywanie. Z uśmiechem ucznia, który wreszcie dostał pochwałę.

Były prezydent RP, dziś eksportowy entuzjasta MAGA, ląduje miękko w think tanku Heritage Foundation. Nagroda za pilność, za lojalność, za wieloletnie nieprzeszkadzanie. Za to, że nigdy nie zapytał „dlaczego?”, tylko grzecznie notował.

To nie jest emigracja polityczna. To jest program lojalnościowy. Zbierasz punkty – wymieniasz na posadę.

Moralność? Zbędny dodatek. Konstytucja? Pamiątka. Suwerenność? Hasło reklamowe.

Demokracja demokracją, ale rachunki same się nie zapłacą. A dolar – jak wiadomo – nie pyta o poglądy.

W tle drobiazgi, które w normalnym świecie byłyby alarmem, syreną i ewakuacją z głośnym komunikatem.

Dziennikarze OKO.press przetrzymywani na lotnisku JFK. Telefony oglądane dokładniej niż bagaż w Ryanairze. Pytania z serii: „a po co pan żyje?”

A teraz wjeżdża nowy standard wolności. Stany Zjednoczone chcą naszych danych. Europejskich. Waszych. Moich.

Biometrycznych też.

Odcisk palca. Twarz. Tęczówka. Może jeszcze grupa krwi i ulubiony rodzaj kawy.

Bo wolność – jak się okazuje – to dziś abonament premium. Im więcej płacisz, tym więcej oddajesz. A jeśli nie masz nic do ukrycia, to znaczy, że nie masz prywatności.

Nie jedziesz do Trumpa? To nieważne. Trump przyjedzie po twoje dane.

I wszystko to w imię bezpieczeństwa, które zawsze pojawia się wtedy, gdy ktoś właśnie sięga do cudzej kieszeni. W normalnym świecie nazwano by to kontrolą. Tu nazywa się to partnerstwem.

I teraz Nobel. Osobno, bo zasługuje. Pokojowa Nagroda Nobla została w tym tygodniu zdegradowana do roli zabawki na smyczy. Pociągniesz – dyplomaci skaczą. Puścisz – obraza majestatu. To nie nagroda, to gryzak dla ego. Wystarczy, że prezydent tupnie, a świat ma udawać zachwyt. Król jest nagi, ale domaga się medalu za pokaz mody.

Siedzę więc w niedzielny wieczór, czytam i myślę, że to był tydzień jak kabaret po zamknięciu: aktorzy ci sami, żarty stare, tylko śmiech bardziej nerwowy. Jedno było nowe i świeże: ktoś w końcu nie uklęknł. Ktoś powiedział, że nie każdy list trzeba podpisywać, nie każdy mit trzeba czcić, a czasem skandal jest zdrowszy niż hipokryzja w białych rękawiczkach.

Telewizor dalej gada. Igrzyska dalej nie porywają. Ale świat – jak widać – wciąż potrafi dostarczyć rozrywki. Takiej, po której śmiech zamiera, a zostaje myśl: dobrze, że ktoś wreszcie pociągnął tę smycz w drugą stronę.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights