
Ambasador USA jeszcze nie zdążył rozpakować walizek, a już zdążył nas pouczyć, opierdzielić i postawić do pionu. A co na to polskie władze? Otóż, mamy tu typowy spektakl dyplomatycznego tańca – z jednej strony westchnienie zawodu, z drugiej zapewnienia o wiecznej przyjaźni i wspólnych wartościach. Czyli klasyczne „jest mi przykro, ale i tak cię kocham”.
Premier Donald Tusk napisał na platformie X, że Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w walce z terroryzmem. Ale dodał, że nie stanie po stronie polityków, których działania prowadza do śmierci matek i dzieci. Niby jasny przekaz, ale z typową dla Tuska ostrożnością godną chirurga przeszczepiającego pamięć historyczną.
Tyle że Rose to nie chirurg, tylko propagandysta. I zareagował, jakby ktoś mu napluł do talerza z macą. W odpowiedzi na zupełnie wyważone słowa Radosława Sikorskiego, że „Izrael nie jest zwolniony z przestrzegania prawa międzynarodowego”, pan ambasador odpalił patriotyczno-religijny granat retoryczny. Powołując się na moralność, historię, a nawet analogie z Krymem i Donbasem (serio?), obwieścił światu, że Izrael to jedyne państwo, które potrafi prowadzić wojnę humanitarnie.
Sikorski? Wzdycha. Bo co ma zrobić? Wysłać notę protestacyjną? Oczywiście nie. Zresztą sam już kiedyś był ministrem, kiedy ówczesny ambasador USA rzucał Polakom dyplomatyczne suchary. I wie, że każda reakcja zostanie uznana za „brak zrozumienia dla specyfiki regionu”. Czyli: milcz, bo przeszkadzasz.
Nawet Tusk, choć potrafi zareagować ostro na uwagi z Torunia czy Żoliborza, wobec ambasadora USA jest niczym nauczyciel etyki w przedszkolu: „Tomku, nie krzycz na kolegów. Nawet jeśli masz rację, to tak nie wypada.”
Ale najciekawsze jest coś innego. Świadoma decyzja, by nie wchodzić z Rose’em w ostrzejszy spór, pokazuje, że nasza polityka zagraniczna jest… grzeczna. Świat się pali, dzieci umierają z głodu, a my kłaniamy się ambasadorowi, który wygłasza kazania, jakby był rabinem, generałem i moralnym autorytetem w jednej osobie.
Tak więc mamy sytuację, w której szef polskiej dyplomacji przypomina o podstawowych zasadach prawa, a kandydat na ambasadora odpisuje mu, że „Izrael jest światłem narodów”, a krytyka jego działań to niemal zbrodnia przeciwko godności.
Trudno się dziwić, że nawet Erdogan brzmi momentami rozsądniej.
Więc panie Tusk, panie Sikorski – może jednak czasem warto zamiast westchnienia i ogólnika powiedzieć wprost: „Szanujemy naszych sojuszników, ale nie pozwolimy na to, by dzieci umierały z głodu w imię moralnych alegorii.” Inaczej pan Rose będzie nam niedługo tłumaczył, że Biały Dom jest po prostu bardziej biały niż inne domy.

Dodaj komentarz