


Zadziwiające rzeczy dzieją się w Polsce. W Pałacu Prezydenckim odbyła się dziś uroczystość zaprzysiężenia nowych ministrów i, proszę państwa, wszystko poszło… bez przypału. Nikt nie upadł, nikt nie rzucał Konstytucją, a prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie, które – i tu chwila ciszy – brzmiało jak wygenerowane przez ChatGPT w trybie „Umiarkowany Patriota 1.0”, ale nie zawierało ani jednego groteskowego odniesienia do husarii, smoleńskiej brzozy, ani „naszych dziadków, co walczyli”. Tego się nikt nie spodziewał. Jakby ktoś przez pomyłkę przełączył prezydenta na tryb „normalny”.
Premier Donald Tusk wkroczył do pałacu z uśmiechem człowieka, który kilka godzin wcześniej przyjmował astronautę z kosmosu. I nie, to nie metafora: naprawdę spotkał się ze Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim, który po 20 dniach na orbicie wrócił na Ziemię, żeby przypomnieć nam, że da się coś osiągnąć w tym kraju bez udziału Macierewicza, Rydzyka ani Ordo Iuris. Tusk powiedział mu, że „warto marzyć”, po czym sam spełnił jedno z naszych marzeń – przeprowadził rekonstrukcję rządu bez cyrku, fochów i statystów w marynarkach z koziej wełny.
W sali kolumnowej premier był w formie: poważny, rzeczowy, i co najgorsze dla jego przeciwników – ludzki. Rozpoczął od podziękowań, ale zamiast wyciągać medale, przemawiał jak ktoś, kto ma świadomość, że zaraz znowu będzie musiał gasić pożar w jakimś ministerstwie.
„Tu nikt nie przyszedł po nagrody, każdy wie, że w każdym momencie ich misja może zostać przerwana, z różnych powodów” – rzucił premier, a gdzieś w oddali zadrżała dłoń Adrianny Porowskiej nad kubkiem ziołowej herbaty.
Szczególne miejsce w wystąpieniu zajęło pożegnanie Adama Bodnara. Tusk z wyraźnym wzruszeniem podkreślał jego „delikatność” i „poszanowanie konstytucji” – dwa słowa, które przez ostatnie osiem lat miały w MS cichą kwarantannę. Duda nawet nie próbował wyglądać niezręcznie – może wciąż był pod wpływem atmosfery z porannego lotu orbitalnego, który odbyło jego ego, gdyż nikt nie zaprosił go na spotkanie z astronautą.
I teraz, moi drodzy, przechodzimy do części kabaretowej: prezydent elekt Karol Nawrocki. Ten pan wciąż nie jest zaprzysiężony, ale już udziela wywiadów, składa deklaracje i ogłasza program jakby właśnie zjechał z Marszałkowskiej na ośle objawienia. Dziś spotkał się z marszałkiem Sejmu Szymonem Hołownią i opowiedział o „trzech zasadniczych rzeczach”, które zamierza realizować jako głowa państwa: Centralny Port Komunikacyjny, ustawa medialna i – cytuję – „aktywna prezydentura”. Co, w tłumaczeniu z nowopisu politycznego, oznacza: „będę składać ustawy jak ulotki, nawet jeśli nikt ich nie chce”.
Nawrocki oznajmił też, że nie spieszy mu się na spotkanie z Donaldem Tuskiem, bo – uwaga – nadal uważa go za najgorszego premiera po ’89. To musi być zabawne dla wyborców, którzy pamiętają, że poprzedni rząd składał się z ludzi, którzy uważali, że „nielegalne to nie znaczy złe” i próbowali zbudować państwo z dykty i nienawiści. Ale Karol wie lepiej, bo ma doktorat z Muzeum II Wojny Światowej i zdolność mówienia dużo, a konkretnie – nic.
Wspominał też o ustawie medialnej, która „go bardzo interesuje”. Oczywiście, że interesuje. Każdego nowego prezydenta popieranego przez PiS interesuje ustawa medialna – bo dopóki TVP nie wróci do emitowania przemówień z nutą „Bądź jak węgiel, walcz z genderem”, nie będzie miłośnie.
Na tym tle wystąpienie Tuska – spokojne, godne, nawet chwilami wzruszające – wyglądało jak z innej epoki. Takiej, w której polityka to nie wrestling dla emerytów. W której można komuś podziękować bez sugerowania, że właśnie zdradził ojczyznę. I w której premier nie boi się patrzeć w przyszłość, nawet jeśli czasem trzeba spojrzeć wstecz – i dostrzec cały ten gruz po demolce, jaką zostawiła po sobie pisowska drużyna Dobrej Zmiany.
Nie zabrakło też klasycznej ironii losu: oto człowiek, który przyleciał z kosmosu, mówi rzeczy bardziej przyziemne i racjonalne niż prezydent elekt, który lata tylko po Sejmie, a już zdążył osadzić się w stratosferze własnych złudzeń.
Podsumowując: Polska ma nowy rząd, nową nadzieję, a także starego prezydenta, który dziś wyjątkowo nie zaszkodził. I nowego prezydenta, który jeszcze nie objął urzędu, a już próbuje nas przekonać, że władza to jego naturalne środowisko. Trudno powiedzieć, czy to nasza nowa przyszłość, czy tylko turbulencja na drodze do lądowania.
Jedno jest pewne – skoro nawet Duda potrafił dziś zachować się jak człowiek, to znaczy, że coś wisi w powietrzu. Może to efekt spotkania z astronautą. A może po prostu Tusk znowu włączył tryb „państwowiec”. Oby mu się nie wyczerpały baterie. Bo karuzela polityczna już kręci się dalej – a jak pokazuje historia, w Polsce zawsze jest ktoś gotów popchnąć ją w przepaść.
A Jarosław Kaczyński? Cóż, nikt go dziś nie cytował, nikt go nie pokazywał, nikt go nie słuchał. Piękny dzień. Jeśli milczenie jest złotem, to Kaczyński właśnie przypadkiem ufundował nam rezerwę walutową.
Polska nadal się kręci, astronauta wrócił, prezydent nie zemdlał, premier nie płakał, a Kaczyński nie mówił. Czyż nie żyjemy w najlepszym możliwym świecie?

Dodaj komentarz