



Rok 2025 miał być rokiem miodowym polsko-niemieckiej przyjaźni, ale skończył się jak randka w ciemno z kimś, kto przyszedł w dresie, spóźnił się pół godziny i zapomniał portfela. Zaczęło się dobrze: Friedrich Merz, nowy kanclerz Niemiec, jeszcze z rozgrzanym tuszem przysięgi na palcu, odwiedził Warszawę, gdzie Donald Tusk z właściwą sobie werwą ogłosił „nowe otwarcie”. Chemia była, europejskie sztućce błyszczały, wszyscy cmokali jak na weselu u ciotki z Kolonii.
Ale potem przyszedł kac.
KONTROLE KONTROLI, KONTROLAMI POGANIANE
Niemcy, pod naciskiem swojej nacjonalistyczno-drapiącej w gardło AfD, postanowili przykręcić śrubę na granicy. Migranci? Odsylani. Granice? Pilnowane jak wejście do klubu techno w Berlinie. Polska odpowiedziała symetrycznie, jak w złym związku: „skoro ty mi tak, to ja ci też”. Graniczna geopolityka zamieniła się w małżeństwo z przemocą. Tusk musiał balansować między Unią, która wymaga rozsądku, a krajowym elektoratem, który od dekady ma wdrukowany strach przed niemieckim czołgiem i arabskim uchodźcą.
Nie pomogło, że kandydat prawicy Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie, wspierany przez krzykaczy z PiS-u i Bąkiewiczów. Jego obecność w Pałacu to jak wpuścić potłuczone szkło do zegarka – niby dalej chodzi, ale rani za każdym razem, gdy spojrzysz na tarczę. Nawrocki dołożył swoje, sugerując, że Zachód to potencjalne zagrożenie. Serio. W 2025 roku. NATO? UE? Meh. On się obawia Niemców. W Poznaniu.
TUSK JAK Z LUSTERKA WSTECZNEGO
Największe zaskoczenie? Donald Tusk. Premier, który zawsze umiał rozdzielić emocje od rozsądku, nagle zaczął mówić językiem, którym dotąd pluli mu w twarz jego przeciwnicy. Reparacje wojenne? Wcześniej mówił: sprawa zamknięta prawnie, ale nie moralnie. W grudniu brzmiał już jak młodszy brat Mularczyka – że Polska niczego się nie zrzekała, że to wszystko decyzje niesuwerenne. W dodatku przemówienie o „ziemiach odzyskanych” w Wałbrzychu – jakby wyciągnięte z podręcznika dla młodzieży Wszechpolskiej. Retoryka? Retro.
Rząd Tuska potrafi być w antyniemieckości skuteczniejszy niż PiS. Bo jeśli ktoś myślał, że populizm pokona się, grając w jego grę – niech spyta Tuska, ile zdobył punktów za ten drybling. Spoiler: zero.
ALE NIE WSZYSTKO NA STRATY
Nie wszystko jednak przypominało kabaret z lat 30. Niemcy nadal bronią naszej przestrzeni powietrznej – niemieckie Patrioty na Podkarpaciu nie są hologramem. Luftwaffe pilnuje nieba, niemieccy saperzy będą wspierać budowę fortyfikacji na granicy z Białorusią. Jest też wspólna deklaracja o obronności, współpraca infrastrukturalna, przesył energii, gospodarka. Nawet kultura ma swój moment – Niemcy oddali Polsce zagrabione dzieła sztuki, jakby chcieli powiedzieć: „sorry, to było głupie, trzymajcie z powrotem”.
Co więcej, niemieckie media zaczęły pisać o Polsce z szacunkiem, a nie z pobłażliwym uśmieszkiem. Polska stała się „inspiracją”. I nawet nasze wino przestało być traktowane jak płyn do chłodnicy. Ale po tej beczce miodu – łyżka dziegciu: sympatie są jednostronne. Niemcy coraz bardziej lubią Polaków, Polacy coraz bardziej… nie cierpią Niemców. To coś jak toksyczna relacja, w której jedna strona kupuje kwiaty, a druga rzuca nimi o ścianę.
KREML ŚLEDZI I LICZY WYRZUTNIE
W cieniu tej europejskiej telenoweli czai się ten, który zawsze zacierając łapy, patrzy, jak Zachód się żre: Kreml. Ławrow, wieczny minister gróźb i moralnego odwracania kota ogonem, ostrzegł, że jeśli ktokolwiek z „koalicji chętnych” wyśle wojska do Ukrainy, to będą to „uzasadnione cele”. W tłumaczeniu z rosyjskiego na normalny: „będziemy strzelać”.
Koalicja chętnych, czyli 35 państw, które wspierają Ukrainę, nie dała się jednak zastraszyć. Rozmowy trwają, gwarancje bezpieczeństwa są blisko – Tusk potwierdził, że Polska stoi przy Kijowie. Ale Kreml jest jak wilk w garniturze – zęby schowane, ale ślina cieknie.
TRUMP W MAR-A-LAGO, CZYLI „PRAWIE POKÓJ” Z DESSERTEM
Na koniec – perełka z Mar-a-Lago. Donald Trump, ten amerykański krasnal ogrodowy z ego wielkości Florydy, spotkał się z Zełenskim i ogłosił, że Rosja „chce, by Ukraina odniosła sukces”. Putin – hojny, uczynny, może nawet zaproponuje Ukraińcom darmowy dostęp do rosyjskiego TikToka. Zjedli lunch, pogadali o wojnie, Trump po raz setny zapewnił, że wszystko się „prawie udało”, ale jeszcze nie wiadomo kiedy. Może po deserze.
W skrócie: pokój z kartonu, obietnice z waty cukrowej.
Ale Trump to nie tylko chłopiec do memów z fryzurą zrobioną widelcem do sałaty. To realne zagrożenie dla europejskiej stabilności. Jego kampania 2024 to parada resentymentów wobec NATO, UE i wszystkiego, co nie jest opakowane w czerwony daszek z napisem MAGA. Dla Trumpa Europa to nie sojusznik, tylko pasożyt, który korzysta z amerykańskiego budżetu obronnego jak z darmowego bufetu w hotelu Marriott.
W wystąpieniach atakuje Niemcy i Francję jakby to one, a nie Rosja, mordowały cywilów w Buczy. Straszy, że Ameryka nie będzie już bronić krajów, które nie płacą więcej na obronność. A przecież płacą. I bronią. Ale Trump od dawna żyje w uniwersum alternatywnym, gdzie geopolityka to reality show, a Europa to zbędna scenografia.
W jego planie dla świata nie ma miejsca na jedność transatlantycką. Jest za to miejsce na doraźne deale z Putinem, jakby wojna była kontraktem budowlanym, który można przetargiem zakończyć. Spotkanie z Zełenskim miało być teatrem dobrej woli. Wyszło jak zawsze: prezydent Ukrainy chciał obrony, Trump chciał zdjęcia.
PUENTA Z CIEŃKIEGO LODU
Polska między Niemcami a Rosją znów tańczy na linie. Z jednej strony partner, z którym łączy nas przyszłość. Z drugiej wróg, który chce nam tę przyszłość ukraść. A pośrodku – politycy, którzy czasem zapominają, że Polska to nie scena dla ich ego, ale kraj, który musi przetrwać kolejny zakręt historii.
I jak powiedziałby Tusk w wersji 2023: „Europa to nasz dom”. A jak powiedziałby Tusk w wersji 2025? „Tylko niech Niemcy zdejmą buty, zanim wejdą.”

Dodaj komentarz