
No i znowu. Człowiek wstaje rano, otwiera „Rzeczpospolitą”, a tam apokalipsa. W każdym zdaniu czai się katastrofa, a z każdej strony straszy Donald Tusk. Nie jako polityk, premier czy ojciec chrzestny liberalnej Polski, ale jako skrzyżowanie Pol Pota z Lordem Voldemortem. A wszystko dlatego, że pan Piotr Zaremba znów odpalił klawiaturę i postanowił popisać się literackim defetyzmem.
Zaremba po raz 147. ogłasza polityczny koniec Tuska. Ten sam Tusk, który zgodnie z prognozami Zaremby miał już odejść, przegrać, zatonąć, a teraz jeszcze w dodatku miałby połączyć się w koalicję z Mentzenem. Aż strach pomyśleć, co na to PiS, co na to Braun, co na to zdrowy rozum.
Bo przecież Mentzen to idealny partner dla liberalnego Tuska! Jeden broni praw kobiet i mniejszości, drugi chciałby je wysyłać do kuchni i na rekolekcje. Jeden walczy o praworządność, drugi walczy z podatkami i rzeczywistością. Może to taki nowy model polityczny: koalicja schizofreniczna. Albo po prostu dowcip z żartobliwego numeru „Rz”.
Tusk według Zaremby jest bez programu, bez celu, bez ludzi i bez kontaktu z rzeczywistością. I tak od 2007 roku. A jednak jakoś przetrwał Kaczyńskiego, Dudę, Szydło, Morawieckiego i całą armię politycznych terminatorów z żoliborskiego laboratorium. A teraz, jakby tego było mało, ma go zniszczyć „kobieta z ludu”, czyli szefowa biura Jońskiego w przebraniu. Rzeczywiście, polityczna Godzilla.
Zaremba martwi się, że Tusk nie ma idei. A przecież to jasne: ideą Tuska jest, że Polska nie może być krajem świrów, fanatyków religijnych i brunatnych fantazji. Że sądy mają być niezależne, a nie zarządzane z żoliborskiej kotłowni. Że prezydent nie może być połączeniem manekina z memem, a minister sprawiedliwości powinien znać się na prawie, a nie na doborze kajdanek.
No i że Karol Nawrocki nie powinien być prezydentem. Bo prezydentem nie może być człowiek, który łamie konstytucję zanim jeszcze założy łańcuch. Sutener prawdy historycznej, natchniony bigotyzmem kustosz propagandy, który ma w oczach promienie narodowo-katolickiej ciemnoty.
Ale wróćmy do Zaremby. Jemu przeszkadza wszystko: Nowacka, bo jest postępowa, Sikorski, bo ma skarpetki z Oxfordu, Bodnar, bo jest za miękki, Żurek, bo za twardy. Hołownia za mało zamachowy, Kosiniak zbyt peeselowski. A najbardziej przeszkadza mu to, że Tusk jeszcze chodzi, mówi i wygrywa.
A Braun? Braun jak zwykle: Holocaust to fejki, pandemii nie było, a światem rządzą żydomasoni i genderowe jaszczury. Czy naprawdę musimy dalej debatować z człowiekiem, który chce ekshumować ofiary Jedwabnego, żeby „ustalić prawdę”? Kto następny? Hitler na ławie oskarżonych, bo może też „poszukiwał prawdy”?
Braun i jego korwinistyczna menażeria to nie kontrkultura. To kabaret. Ale jak pokazał Trump i jego śmieszno-straszni akolici, śmiech może się skończyć gazem pieprzowym na ulicach i zamachem stanu. Więc śmiejmy się głośno i piszmy ostro.
Tusk nie jest doskonały. Ale jest naszym ostatnim premierem z normalnej planety. I tylko dlatego jest tak niewygodny dla tych, którzy chcieliby Polskę zamienić w katechetyczny rezerwat z Braunem jako ministrem edukacji, a Nawrockim jako papieżem.
Na koniec: panie Zaremba, może pora zainwestować w termometr. Ten polityczny. Bo jak się ciągle pisze o gorączce, której nie ma, to czytelnicy prędzej czy później zauważą, że lekarz też jest chory.
I na pewno nie jest to Tusk.

Dodaj komentarz