


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie, które powinno wstrząsnąć polską klasą polityczną. Niestety, nie wstrząsnęło. TSUE uznał, że tzw. polski Trybunał Konstytucyjny (pisany z małej litery z oczywistego powodu) naruszył kilka fundamentalnych zasad prawa UE. W skrócie: nie spełnia wymogów niezawisłego sądu, trzech „sędziów” TK zostało powołanych nielegalnie, a wyroki z lipca i października 2021 roku podważyły sens istnienia unijnego prawa. Innymi słowy, Luksemburg pokazał palcem na Warszawę i powiedział: „to nie jest sąd, tylko polityczna marionetka”.
Jak zareagowała na to władza? Otóż nie zareagowała. Nie tylko dlatego, że PiS nie rządzi, ale dlatego, że mentalnie nadal czuje się bezkarny. Zamiast refleksji i pokory, mamy Mareczka Suskiego, który na posiedzeniu komisji kultury rzuca w eter: „Do widzenia, debile”. Kulturalnie, po sejmowemu, na poziomie.
Tymczasem po drugiej stronie politycznego zoo Grzegorz Braun buduje swój „Front Gaśniczy”. I nie, nie chodzi o strażaków. Chodzi o groteskowe, poronione widowisko ideologiczne, które zbiera pod jednym dachem wszystko, co w polskiej polityce wyklucza się ze zdrowym rozsądkiem i podstawową higieną intelektualną. Braun, ten domorosły piroman moralny, stworzył platformę dla egzotycznych kombinatów nienawiści i paranoi: mamy tu antyukraińskie modelki z TikToka, byłych zomowców, miłośników PRL-u i ludzi, którzy wierzyli, że pandemia to plan Sorosa wspierany przez czarodziei z WHO. Jest to zbieranina tak groteskowa, że wygląda jak parodia partii politycznej napisana przez scenarzystę kabaretu w kryzysie twórczym.
Ich program? Nie istnieje. A przynajmniej nie taki, który można by spisać bez użycia papieru toaletowego. Wystarczy, że Grzegorz Braun powie, że „wie”, „czuje” i „wyczuwa”, a jego elektorat w uniesieniu kiwa głowami. Każdy kto nie klaszcze, jest agentem. Każdy kto pyta, jest żydo-masońskim lewakiem z Brukseli. A kto nie pali świec w Sejmie, ten z systemu.
Ten groteskowy kabaret nabiera też groźniejszego tonu, bo sondaże pokazują wzrost poparcia dla Brauna. Czyli znów historia pokazuje, że im kto więcej krzyczy, tym głośniej słyszy go ciemny lud.
W tle tej farsy pojawia się temat obsady ambasadorów, który pokazuje, jak bardzo Pałac Prezydencki zamienia się w muzeum biernego oporu. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski przedstawił prezydentowi Nawrockiemu logiczną, kompromisową propozycję: 10 ambasadorów wskazanych przez Pałac, 10 przez MSZ, a 80 – z puli zawodowej, czyli tych, którzy znają się na robocie. Prezydent najpierw wyraził zgodę. Ustnie. A potem dostał objawienia lub ataku pałacowej amnezji i nagle uznał, że nic takiego nie miało miejsca. Jakby cała rozmowa odbywała się w rzeczywistości alternatywnej – tej, w której prezydent jest niezależny i ma własne zdanie.
W tej samej konwencji można było też obserwować wizytę ambasadora USA u Kaczyńskiego. Prezes po spotkaniu chwali, że rozmowa była dobra. Tylko jedno pytanie: w jakim języku? Bo Jarosław Kaczyński żadnego nie zna. Może było po migowemu? A może prezes teraz choruje, bo nadwyrężył ręce od tej dyplomacji palcami?
A propos chorób: dopiero co nieobecność Kaczyńskiego przy głosowaniu nad wetem Nawrockiego tłumaczona była nagłym pogorszeniem stanu zdrowia. Problem w tym, że prezes regularnie choruje, ilekroć trzeba by się wykazać odwagą. Polityczna grypa z selektywnym przebiegiem.
Na koniec ciekawostka: w rankingu zaufania Trzaskowski wskoczył na czwarte miejsce. Tusk, mimo ogromnych wysiłków, by przywrócić państwo prawa, trzyma się niżej. Polska logika: im więcej robisz, tym mniej ci ufają. Ważne, że człowiek z kotem dalej może mieszkać w bańce bezkonsekwencji.
Nie ma sensu szukać w tym sensu. To nie polityka. To stand-up z publicznością, która nadal płaci abonament. Jeszcze.

Dodaj komentarz