
Donald Trump znowu uratował świat. A przynajmniej tak mu się wydaje.
W najnowszym odcinku serialu „Ja, Mesjasz” amerykański prezydent po raz trzeci spotkał się z Wołodymyrem Zełenskim, by omówić, jak zakończyć wojnę w Ukrainie. Ale zanim przyjął ukraińskiego prezydenta w Białym Domu, kazał mu czekać – bo akurat miał spotkanie z Andreą Bocellim. Bo nic tak nie podgrzewa atmosfery wojennej, jak chwila dla sztuki.
Gdy Zełenski w końcu dostał swoją chwilę, Trump już był w formie. Powiedział, że Putin i Zełenski się nie lubią, co – jak wiemy – jest jedynym powodem, dla którego czołgi jadą na Charków, a rakiety lecą na Kijów. Nie chodzi o geopolitykę, tylko o to, że chłopaki się po prostu nie kumplują.
– To nieduża grupa ludzi. Trzech prezydentów. Ja jestem mediatorem – stwierdził Trump, jakby właśnie planował pogodzić chłopaków z 6B, którzy pokłócili się o kartę Pokémon.
Następnie uraczył świat swoimi spostrzeżeniami: że wojna mogła się skończyć w tydzień, że Javeliny z USA powstrzymały Rosję, że Biden dał prześcieradła, a on – broń, że Melania przejmuje się dziećmi, że NATO to fajny klub, tylko Hiszpania coś kręci. Aha, i że kobieta, która dostała Pokojowego Nobla, na pewno jest miła. Choć nie wie, kim jest.
Trump najwyraźniej naprawdę wierzy, że zakończył już osiem wojen i właśnie rozważa, czy dołożyć dziewiątą do kolekcji. A jeśli tak, to wkrótce może dojść do kryzysu palcowego – zabraknie mu ich, by liczyć wszystkie swoje triumfy.
W międzyczasie Zełenski grzecznie mówił o broni, dronach, bezpieczeństwie i rzeczywistości. Ale jak wiadomo, Trump ma inne priorytety: budowanie własnego pomnika z cytatów, których nikt nie rozumie i spotkań, które niczego nie rozwiązują. Szczyt z Putinem planowany w Budapeszcie ma być wydarzeniem dekady – głównie dlatego, że Węgry nie mogą go aresztować. Bo do MTK już się nie zapisali. Przypadek? Raczej zgrabny montaż geopolityczno-juridyczny.
Trump, jak przystało na człowieka, który uważa, że świat to reality show, ustawia „stół negocjacyjny”. Ten sam, przy którym wcześniej rozwiązał sytuację w Strefie Gazy (słowo klucz: „rozwiązał”).
– Rosjanie są świetni, Ukraińcy są świetni – rzucił na koniec, jakby oceniał drużyny w finale „Mam talent”.
Tylko że to nie jest teleturniej. To wojna.
I dlatego, kiedy Trump stwierdza, że jego „impet” pomoże zakończyć konflikt, a Putin „chyba chce pokoju”, to świat wzdycha. Nie ze wzruszenia, tylko z bezsilności.
Bo trudno brać na poważnie człowieka, który myśli, że wojna to kwestia wzajemnej sympatii, a rozwiązywanie konfliktów to hobby między obiadem a flugelhornem Bocellego.
Na razie pozostaje nam jedno: mieć nadzieję, że Tomahawki – te prawdziwe, a nie metaforyczne – trafią tam, gdzie trzeba. I że Trump, zanim „rozwiąże” dziesiątą wojnę, nie wyznaczy spotkania pokojowego na pokładzie Titanica.
Zresztą – jak sam mówi: „Nie chcę Nobla. Chcę pomagać ludziom”.
Cóż, jeśli tak wygląda pomoc, to może lepiej, żeby zajął się czymś prostszym. Na przykład składaniem klocków LEGO. Tam przynajmniej, jak coś się zawali, nie giną ludzie.

Dodaj komentarz