
Stany Zjednoczone – ojczyzna wolności, fast foodu, broni palnej i wyjątkowo nieśmiesznych żartów z konstytucją. Kraj, gdzie cenzura to grzech, ale zabicie matki trójki dzieci w ramach operacji federalnej to procedura. Minneapolis, metropolia środkowego Zachodu, stała się areną nowego odcinka serialu pt. „Trump i jego federalni”, który wygląda jak połączenie „The Purge” z „Muppetami” – z tą różnicą, że zamiast Kermita mamy ICE, a zamiast dialogów – dźwięk strzałów.
Dwoje obywateli USA, w tym pielęgniarz i matka trójki dzieci, zostało zastrzelonych na ulicach przez agentów federalnych. Nie w trakcie wymiany ognia, nie w jakiejś wojnie gangów. Po prostu. Tak, jakby zginęli od przypadkowego przełączenia kanału na „policyjny dramat” z opcją permanentnego wyciszenia bohaterów.
Donald Trump, patron chaosu, człowiek, który wstaje rano i nie wie, czy dzisiaj będzie grał Napoleona czy Boba Budowniczego, zareagował po swojemu: wysłał Homana, tzw. cara granicznego, czyli faceta, który w normalnym kraju mógłby co najwyżej nadzorować parking federalny. Ale nie w USA. W USA gość od deportacji dostaje prerogatywy cesarskie. Bo czemu nie.
Homan wkroczył do akcji jak Clint Eastwood po zbyt dużej dawce energetyków. I już mamy efekty – protesty, oburzenie, sondaże spadające szybciej niż IQ uczestników konwencji Partii Republikańskiej. ICE zamienia miasta w pola walki, tylko że zamiast wrogich armii – mamy amerykańskich obywateli, z których część po prostu miała pecha znaleźć się w okolicy, gdzie biegają federalni, napakowani testosteronem i z odbezpieczoną bronią.
Nie chodzi już o „egzekwowanie prawa” – chodzi o pokaz siły. Operacje z helikopterami, Black Hawkami, aresztowania bez nakazu, brutalne naloty w dzielnicach zamieszkałych przez imigrantów. Trump zrobił z ICE nie tyle agencję, co narzędzie zemsty dla sfrustrowanego boomera z dostępem do Twittera (pardon – Truth Social).

A propos – ten sam Trump, który de facto zatwierdził zbrodnię na ulicach Minneapolis, ogłosił wizytę w Chinach. Bo przecież kiedy twoja administracja przypadkiem zastrzeli obywatela, najlepiej uciec do Xi Jinpinga na herbatkę i wymienić uwagi o tym, jak efektywnie tłumić protesty.
A w Iranie? Tam nie mają ICE, więc używają Gwardii Rewolucyjnej – czyli tej samej brutalnej logiki, tylko w wersji z brodą i szarą strefą. 30 tysięcy zabitych. Tak twierdzi irańska opozycja. Bo irański reżim doszedł do etapu, w którym nie reaguje już represją – tylko rzezią. Taka jest teraz różnica między Trumpem a ajatollahem: jeden wysyła federalnych w kamizelkach, drugi czołgi. Efekt podobny – protestujący umierają, a świat tylko sporadycznie zmienia profilówkę na czarne tło.

I jakby tego było mało – Chiny. Tam Xi Jinping zrobił czystkę w armii, usuwając generałów szybciej niż Google usuwa prywatność użytkowników. Oficjalnie to kampania antykorupcyjna, nieoficjalnie – kolejny krok w stronę totalnej kontroli. Wiceprzewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej, Zhang Youxia, wyleciał jak niechciana aktualizacja systemu. Podejrzenia? Spisek, zdrada, a może po prostu nie podobał się Xi na zdjęciach. Tak kończy się każdy, kto choćby mrugnie w niewłaściwym kierunku.

Tymczasem Nawrocki, nasz rodzimy uczniak dyplomacji, próbuje udawać, że gra w lidze Trumpa. Spotyka się z kim nie trzeba, milczy, gdy trzeba krzyczeć, i podpisuje, co akurat leży na stole, jeśli tylko nie boli ręka. Otoczony przez Przydacza, Boguckiego i inny plankton dyplomatyczny, wygląda jak człowiek, który dostał rolę prezydenta, ale scenariusz zgubił w toalecie. Ale to nie wszystko – pan prezydent nie tylko robi sobie sesje fotograficzne na tle flag, ale również próbuje aktywnie przeszkadzać w rządzeniu. Wetuje, co się da. Przysyła ustawy z powrotem niczym niezadowolony klient z recenzją na Allegro. Wzywa do siebie posłów jak ksiądz proboszcz na kolędzie – niby po błogosławieństwo, ale naprawdę po to, żeby ich obsztorcować i napuścić na koalicję.
Nawrocki próbuje rozbijać większość sejmową, jakby miał w kieszeni klej kontaktowy i kij do bilarda. Uważa się za architekta nowego rozdania, ale rysuje te swoje polityczne wizje kredką na serwetce. Do tego otacza się grupą ludzi, która wygląda jakby pomyliła politykę z rekonstrukcją historyczną. Gdyby rząd był przedstawieniem, to ekipa Nawrockiego grałaby duchy w przedstawieniu dla szkół podstawowych. Tylko że zamiast straszyć, bawią. Niechcący.
To nie jest polityczna analiza. To jest protokół upadku. ICE strzela, Chiny czyszczą, Iran morduje, Trump fika, a Europa? Europa jak zwykle – zdegustowana, zdystansowana, bezsilna, z herbatą w ręku i miną „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”.
Świat w 2026 roku to kabaret autorytaryzmu, z trupami w tle i trupami w garniturach. A my? My się śmiejemy. Bo co innego nam pozostało?

Dodaj komentarz