
Witajcie w Europie 2025. Trump znowu w Białym Domu, Putin wciąż w bunkrze z ołówkiem i mapą Europy z 1904 roku, a Unia Europejska właśnie opublikowała kolejny „Kompas” – bo nic tak nie ratuje kontynentu jak metafora dla ludzi, którzy zgubili drogę, ale wolą debatować nad ustawieniem północy niż ruszyć z miejsca.
Donald Trump, odcinek drugi. Wciąż ten sam showman, tylko teraz bardziej pomarańczowy, bardziej mściwy i z jeszcze większym ego. Tym razem nie tylko chce opodatkować wszystko, co mówi z akcentem, ale też kupić Grenlandię, zlikwidować NATO i wprowadzić obowiązkowy dress code w stylu „dyktator casual”. W międzyczasie próbuje skasować Uniwersytet Harvarda, obrazić Kanadę (tak, to możliwe!) i przyjąć latający pałac od Kataru. Chłop wygląda, jakby ktoś pomylił prezydenturę z odcinkiem Milionerów, ale bez pytań z kołem ratunkowym.
A Putin? Putin to już nie prezydent. To opera. Tragedia narodowa w pięciu aktach i jednym tankowcu. Siedzi tam, otoczony generałami, którzy kiwają głowami jak dekoracje w aucie z bazaru, i myśli, że wojna to wersja demo wieczności. Putin od lat walczy o „strefę wpływów”, a wygląda na to, że jedyne, co naprawdę kontroluje, to liczba kanałów w państwowej telewizji. Jego marzeniem jest nowa Jałta, ale jedyne, co dostanie, to nowe sankcje i memy.
I w tym cyrku Europa, czyli pani w średnim wieku z problemem tożsamości i zamiłowaniem do papierologii. Nowym kanclerzem Niemiec jest Friedrich Merz – czyli korporacyjny powrót do przeszłości. Człowiek, który wygląda, jakby urodził się w garniturze, a z młodości pamięta tylko moment, kiedy Microsoft wypuścił Excela. Merz to taki polityk, który nawet w windzie mówi w punktach: „Po pierwsze: dzień dobry. Po drugie: nie dotykaj przycisków.”
Bruksela pod jego uśmiechnięte dyktando robi to, co zawsze – produkuje dokumenty. ReArm Europe! Kompas Konkurencyjności! Zielony Ład! Wszystko brzmi jak nowe linie perfum albo katalog z Castoramy. Rzeczywistość? Dyrektywa Green Claims miała walczyć z greenwashingiem, ale upadła szybciej niż rząd mniejszości w Bułgarii. Komisja Europejska, przestraszona listem od Europejskiej Partii Ludowej, po prostu… się wycofała. Bo przecież walka z klimatycznym oszustwem, to świetny pomysł – ale pod warunkiem, że nikt się nie obrazi.
A co u nas? Donald Tusk, wbrew medialnym stereotypom, wprowadza kontrole na granicach. Ale nie takie z płotem, wieżyczką i Łukaszem Warzechą w roli rzecznika. Raczej spokojne kontrole skierowane przeciw nielegalnej migracji, czyli coś, co powinno być nudnym tematem technicznym, ale oczywiście w Polsce musi być elementem wojny cywilizacyjnej. Różnica między Tuskiem a resztą tej smutnej trupy, polega na tym, że on potrafi być skuteczny, nie będąc przy tym operetkowy. Tak, to możliwe. Nie, nie pytajcie Ziobry.
I tu pojawia się on – Miłosz. Tak, Czesław Miłosz. Nie influencer, nie start-upowiec, tylko poeta, który miał dziwną manierę rozumienia rzeczy przed czasem. To on mówił o „inności” Europy Środkowo-Wschodniej – tej prawdziwej, wypływającej z traum, rozbiorów i obowiązkowego poczucia „że my tu zawsze musimy się bardziej starać, bo jesteśmy tymi od wschodu słońca, nie zachodu rozumu”.
Miłosz nie mówił, że mamy się wstydzić. Przeciwnie. Twierdził, że to właśnie nasza „inność” jest tym, czego Zachód nie rozumie, a co może go ocalić. Dziś, gdy europejska tożsamość wygląda jak hasło na siłownię („bądź silny, ale zrównoważony!”), Miłosz przypomina, że nie jesteśmy tylko zapleczem taniej siły roboczej i skansenem PRL-u. Mamy swoją historię, świadomość i – jeśli się nie pogubimy – także przyszłość.
Szkoda tylko, że zamiast cytować Miłosza, Europa woli drukować kolejny „kompas” i debatować, czy zmienić logo Rady Europejskiej. Chcielibyśmy im pomóc, ale jesteśmy zajęci tłumaczeniem Macronowi, że Europa Środkowa to nie przystanek między Berlinem a Stambułem. I że jak się jedzie pociągiem przez nasze kraje, to warto nie tylko patrzeć przez okno, ale czasem wysiąść.
Podsumujmy: Trump chce zburzyć sojusze, Putin chce odbudować imperium, Merz chce zreformować Europę za pomocą korporacyjnych modeli, a Unia – no cóż – chce dobrze, ale najczęściej wychodzi jej „zrównoważona bezczynność”.
A my? My możemy wreszcie zrobić coś z sensem. Wnieść do Europy nie tylko głos rozsądku, ale też trochę humoru, odwagi i zdolności do myślenia poza brukselską tabelką. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? A jeśli nie my, to znowu Friedrich Merz – i to już brzmi jak zagrożenie bezpieczeństwa narodowego.
EUROPA PRZEZ LUPĘ: PUTIN W BUNKRZE, TRUMP W PAŁACU, A MY W DELEGACJI DO NIKĄD
(czyli jak nie przegrać wszystkiego i jeszcze zdążyć po kiełbasę na promocji)

Dodaj komentarz