TRUMP, NAWROCKI I GRENLANDZKI DŻEM POLITYCZNY — CZYLI ŚRODA, KTÓRA WYGLĄDAŁA JAK PARODIA DLA DOROSŁYCH

Warszawa

W środę polityczna rzeczywistość znów rozdziawiła usta i wydała z siebie dźwięk przypominający skrzypiące drzwi w starym cyrku. Niby wszyscy wiedzieli, że nadchodzi, ale jak zwykle: nikt nie był gotowy. Główne role w tym komediowym teatrze objęli: Donald Trump w wersji „pokój z groźbą w tle”, Karol Nawrocki jako rozedrgany kandydat do międzynarodowej elitarnej grupy dyskusyjnej, oraz MSZ jako mistrz przeciągania liny z samym sobą.

Donald Trump, niezmiennie przekonany o swoim uroku osobistym i intelekcie na poziomie objawienia, pojawił się w Davos z miną zbawcy ludzkości i planem godnym szachisty grającego pionkami z chipsów. Powiedział, że nie przejmie Grenlandii siłą. No coż, to zawsze jakiś plus. W dzisiejszych czasach to mniej więcej tak, jakby Putin ogłosił, że nie wprowadzi czołgów na Islandię: nikt nie prosił, ale dziękujemy za info.

Europejscy liderzy, a szczególnie Duńczycy, zareagowali jak kelner, któremu klient proponuje kupno stolika razem z kartą dań. Dania zaczęła wyprzedawać amerykańskie obligacje, rzucając gospodarczy cień na relacje z USA. Gest symboliczny, ale elegancki jak uśmiech królowej Matyldy, kiedy ktoś przypomni jej, że Belgia istnieje. Trump jak zwykle udaje, że nic się nie dzieje, i dorzuca kolejne akapity ze swojego mentalnego zbioru „mów, a ktoś to weźmie na serio”.

I wtedy na scenę wchodzi ON — Karol „Karolek” Nawrocki. W Davos odbyło się jego spotkanie z Trumpem, co brzmi mniej więcej jak zaproszenie na herbatkę między Lordem Voldemortem a panem Mietkiem z warzywniaka. Nawrocki, z miną grzecznego chłopca na audiencji u dziwnego wujka z Ameryki, uśmiechał się dzielnie, jakby naprawdę wierzył, że nie wmanewrują go w coś głupiego. Trump, oczywiście, był zachwycony — uwielbia, gdy ktoś potakuje mu z błyskiem w oku, a jeszcze lepiej, jeśli ten ktoś ma własne państwo do reprezentowania. Spotkanie miało miejsce, zdjęcia zrobiono, a polityczny sens? Mniej więcej jak spotkanie dwóch balonów: dużo powietrza, zero kierunku.

Tymczasem na naszej polskiej glebie wyrasta kolejna groteska: Karol Nawrocki zaproszony przez Trumpa do „Rady Pokoju”. Brzmi dumnie, jakby ktoś chciał obsadzić Piotra Fronczewskiego w roli Jamesa Bonda, ale wyszło jak zawsze: dużo dymu, mało treści, a jeszcze mniej sensu. Prezydent RP milczy, MSZ szura papierami, a Marcin Przydacz, jak zwykle w pozie greckiego herosa z telefonem w ręku, apeluje o opinię rządu, zanim Trump znowu powie coś, co będzie trzeba odkręcać przez najbliższe trzy kadencje.

Wszystko to przypomina seans spirytystyczny, podczas którego wszyscy chcą porozmawiać z rozsądkiem, ale przychodzi tylko cień dawnych decyzji politycznych. Rada Pokoju z udziałem Putina, Netanjahu i Trumpa to mniej więcej jakby zorganizować panel o zdrowym żywieniu z udziałem McDonalda, KFC i frytkownicy przemysłowej. Dodajmy do tego fakt, że MSZ przypomina, że takie decyzje musi zatwierdzić rząd i parlament, i mamy gotowy odcinek „Ucho Prezesa: Międzynarodowa Edycja”.

A co w kraju? PiS spada w sondażach jak stara szafa z prowizorycznym zawiasem. KO zbliża się do 40%, a Mentzen z Konfederacją mają miny, jakby znaleźli rozkład jazdy autobusu, który nie istnieje. Czarzasty chichocze pod nosem, jakby sam nie wierzył, że wciąż ma gdzie siedzieć. PSL kręci się jak wskazówka kompasu w mikrofalówce, a Lewica z Zandbergiem robi powolny zwrot na lewo, tak że nawet Lenin przewraca się w lodówce.

Zima nie odpuszcza. Warszawskie chodniki zamieniły się w naturalne lodowiska, a jedynym ratunkiem dla obywateli jest brawura lub czworaki. Ludzie padają jak morale w klubie poselskim Suwerennej Polski. Polacy biorą lewe L4, remontują łazienki, wyjeżdżają w Bieszczady albo po prostu nie chcą oglądać swoich szefów. I można ich zrozumieć. Szefowie w Polsce to w większości typy zarządzające rodem z PRL-u: „będziecie siedzieć aż się wam odechce”.

W tle tego wszystkiego Rosja odcina się od internetu, jakby chciała urządzić sobie cyfrowy suriwal. Kanada tonie we mgle, jakby natura uznała, że kraj, który jest zbyt grzeczny, musi czasem po prostu zniknąć z pola widzenia. IKEA zmienia torby, czyli koniec jednego symbolu: Frakta odchodzi do historii, zostawiając w sercach studentów i przeprowadzkowiczów pustkę godną romantycznego wiersza.

Podsumowując: środa była dniem, w którym polityka przypominała bardziej kabaret niż debatę, a międzynarodowa powaga miała w sobie tyle elegancji, co spóźniony pociąg z Przemyśla. I nie, Trump nie ogłosił końca świata. Ale niepokojące jest to, że ktoś musiał to w ogóle powiedzieć na głos.

To nie koniec. To dopiero środek tygodnia. Zostało jeszcze tyle absurdów do skomentowania, że starczyłoby na dwa sezony nowego serialu pt. „W polityce wszystko jest możliwe. Zwłaszcza to, czego nie powinno być.”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights