
Niektórym to mroźne poranki stycznia uderzają w czaszkę bardziej niż prawda. Taki mróz potrafi nie tylko przykuć do kaloryfera, ale i wyprać resztki godności z politycznego swetra. A właśnie z takimi objawami mamy do czynienia, gdy zaglądamy na prawą stronę polskiej sceny politycznej po akcji Trumpa w Caracas.
Pisowcy dostali czegoś na kształt ideologicznego udaru cieplnego na mrozie. Zareagowali na pojmanie Maduro jakby Trump zrobił im dziecko i przyniósł kwiaty. Wzruszenie tak wielkie, że Kamiński, ten od podsłuchów i zmyślonych spisków, wrzuca memy z Maduro i podpisuje je: „Patrz Tusk, jak kończą dyktatorzy”. Tomasz Sakiewicz zaś, samozwańczy Jan Chrzciciel wody sodowej, próbuje wkleić Tuska w jedno zdanie z Assadem. Człowiek, który pomylił demokrację z grą „Call of Duty”.
To już nawet nie jest groteska. To kabaret w zaawansowanym stadium sepsy.
Prawica zachowuje się, jakby Caracas było pod Piasecznem, a Trump przyszedł tu z siłami zbrojnymi zwanymi „Brygadą Macierewicza” i rozgromił dyktaturę, która polega na tym, że Tusk wprowadził kolejki do lekarza bez potrzeby posiadania legitymacji PiS.
A że jest styczeń i zimno, to trzeba czymś się ogrzać. Najlepiej absurdem. Czarnek, ten szlachetny baran myśli narodowej, ogłosił, że to początek odnowy wolnego świata. Oczywiście w klipie nagranym jak reklamówka sklepu z patriotycznymi gadżetami, tylko zamiast kubka z żołnierzami wyklętymi, mamy Trumpa w roli Mesjasza z Florydy.
I nagle pojawia się Grenlandia. Bo przecież logicznie: najpierw Wenezuela, potem lędźwie Arktyki. Trump, który ma o polityce międzynarodowej pojęcie jak Zenek Martyniuk o teorii strun, ogłasza, że chce Grenlandii. Bo są tam rosyjskie i chińskie statki. A przynajmniej tak mu się przyśniło między jednym a drugim tweetem o tym, że Europejczycy są słabi jak kawa bez kofeiny.
Potem wychodzi rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt i z kamienną twarzą oświadcza, że użycie armii USA do zdobycia Grenlandii „jest zawsze opcją, którą prezydent ma do dyspozycji”. W tym czasie Stephen Miller, Trumpowy Rasputin od polityki zagranicznej, ogłasza, że Grenlandia to „duńska kolonia” i czas ją wyzwolić. Czyli, jak zwykle: amerykańska demokracja w trybie GTA.
A co robi w tym czasie polska prawica? Patrzy na Trumpa jak dzieciak na Mikołaja, który ma w worku nie prezenty, tylko reelekcję PiS. Bo przecież jeśli Trump, posiadacz władzy nad światem, może pomoże to …. Zrobi porządek. W stylu latynoskiego puczu, tylko na warszawskiej Pradze. Jedyne czego brakuje, to film promocyjny „Trump odwiedza Polskę i zdejmuje Tuska z dachu Sejmu”.
Ale świat się nie zatrzymał na jednym spektaklu pod tytułem „Caracas i chwale blond jeźdźca Apokalipsy”. W Paryżu zebrała się tzw. koalicja chętnych – czyli ci, którzy wciąż pamiętają, że NATO to nie jest tylko skrót od „Nasi Amerykanie Też Odejdą”. Rozmowy dotyczyły gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, a wśród obecnych był Donald Tusk, który – wbrew memom Sakiewicza – nie przypominał ani Assada, ani Maduro, ani nawet bohatera z „House of Cards”. Był po prostu sobą: premierem europejskiego państwa, z głową na karku i garniturem bez plam po ketchupie.
Wysłannik USA, człowiek o nazwisku Witkoff, opowiadał o gwarancjach dla Ukrainy z taką miną, jakby właśnie sprzedawał polisy ubezpieczeniowe na okoliczność rosyjskiej rakiety. Mówił o trwałym pokoju, obecności wojskowej i współpracy. Brzmiało to zaskakująco sensownie, co samo w sobie jest już nowością w epoce Trumpa, gdzie normalność to rzadkość, a logika to opcjonalny dodatek, jak klimatyzacja w Maluchu.
Choć Paryż pachniał dyplomacją, z Moskwy unosił się dobrze znany zapach benzyny i pogardy. Rakiety uderzały w ukraińskie miasta, a Putin, jak wytresowany morderca, testował Zachód, który wciąż bardziej przypominał klub zadumanych poetów niż blok militarny. W cieniu tego wszystkiego, Koalicja Chętnych próbowała sklecić coś, co można by nazwać planem – ale bez twardych konsekwencji dla Kremla był to raczej list miłosny z wyraźną klauzulą „prosimy, nie odpisywać”.
Tymczasem Trump, niczym otyły Atlas dźwigający swój własny ego-globus, wrócił do pomysłu przejęcia Grenlandii. Może jeszcze Kanady, Islandii i kilku rancz w Bieszczadach? Bo przecież geostrategiczne cele USA są jak dieta Trumpa – chaotyczne, tłuste i śmiertelnie niebezpieczne.
Dla jasności: Grenlandia to nie stacja benzynowa przy Route 66. To terytorium z ludźmi, historią i własną tożsamością. A Trump? Trump chce ją przejąć tak, jak dzieci zabierają grabki i łopatkę do piaskownicy, krzycząc „moja!”. Tylko że zamiast piasku mamy Arktykę, a zamiast dzieci – prezydenta mocarstwa z brakiem filtra i przerostem testosteronu nad rozumem.
I nikt nie zadaje sobie podstawowego pytania: czy świat kreowany przez Trumpa to miejsce dobre dla Polski? Dla Polski-prawdziwej, nie tej z dykty i pustych haseł. Bo Trump to nie Reagan, tylko Reagan po żubrze i bez planu Marshalla. To człowiek, który uważa, że geopolityka to odmiana golfa, a NATO to jakiś klub starych znajomych z Twittera.
Tymczasem w Europie trwoga. Dania, jak opiekunka do dzieci, rzuca się bronić Grenlandii, a Bruksela szuka sposobu, by Trumpowi przeciąć drogę, nie odklejając mu przy tym resztek kleju z peruki. Po kontynencie krąży widmo: widmo samowoli amerykańskiej, maskowanej pozorami bezpieczeństwa i głosem rzeczniczki, która brzmi, jakby reklamowała nowy model czołgu zamiast polityki zagranicznej.
A Polska? Polska prawica? Marzy, żeby zostać franczyzą MAGA. Czasem mam wrażenie, że jeśli Trump powie, że Ziemia jest płaska, to Kaczyński z Nawrockim osobiście zdemontują globusy we wszystkich szkołach. A Przydacz, ten głos bez treści, ogłosi, że „to nowe otwarcie dla edukacji narodowej”.
Niech ten felieton będzie przestrogą, jak wygląda zima rozumu: czapka naciągnięta na oczy, racjonalność zasypana śniegiem i stopy rozumu wsadzone w kalosze populizmu.
A gdzieś tam, na horyzoncie, mruga do nas Grenlandia. I jest jej bardzo, bardzo zimno.

Dodaj komentarz