TRUMP JAK RAMBO, TYLKO BEZ MÓZGU (I KONGRESU)

Warszawa

Na początku było łup. Potem trzask. A potem… Trump. Z gracją nosorożca na łyżwach ogłosił, że USA „z sukcesem” przeprowadziły atak na Wenezuelę, a Nicolás Maduro wraz z żoną zostali pojmani niczym para nielegalnie importowanych flamingów. Cios błyskawiczny, bez ostrzeżenia, bez pytania, i co najciekawsze: bez zgody Kongresu. Ot, tradycyjna amerykańska demokracja po nowemu — znaczy po Trumpowemu.

Operacja przypomina scenariusz z taniego thrillera klasy C, tyle że bez budżetu na logikę. Oddziały Delta Force pojawiły się w Caracas jak czkawka po burrito, zwinęły dyktatora i odleciały, zostawiając za sobą ogień, dym i chaos. Oficjalnie: sukces. Nieoficjalnie: no cóż, widzieliśmy ten film już wcześniej — Afganistan, Irak, Libia — zawsze ten sam trailer, tylko inny geograficzny tytuł.

Wenezuela, kraj, gdzie inflacja rośnie szybciej niż wyniki wyborcze PiS w TV Republika, obudziła się w sobotę rano otoczona eksplozjami i wyciem silników. Informacja publiczna? Brak. Telewizja państwowa? Nadal pokazuje reportaż o produkcji lokalnego manioku. Internet? Nie ma prądu. Ale Trump wie. Trump zawsze wie. On ma przecież dostęp do prawdy — tej spod znaku Truth Social.

Eksperci? Wróżbici od geopolityki. Mówią o narkotykach, gangach, strategiach, jakby pożyczyli scenariusz z „Narcos” i pomalowali go kredkami z Pentagonu. Prof. Zachara-Szymańska sugeruje, że Trump identyfikuje Maduro jako barona kokainowego — takiego Pablo Escobara na sterydach. Problem w tym, że dane ONZ mówią co innego. Ale kiedy Trump słyszy „fakty”, myśli, że to nowy model hamburgera.

Nie było żadnego zawiadomienia Kongresu, nie było debaty, nie było niczego poza tweetem na sterydach. W klasycznej demokracji taka samowolka na arenie międzynarodowej kończy się poważnymi pytaniami. Ale Trump traktuje politykę zagraniczną jak odcinek reality show: kto dziś odpadnie z wyspy? Tym razem padło na Caracas.

Zniknięcie Maduro to nie koniec, to początek nowego rozdziału pt. „I co teraz?”. Opozycja jest tak skonsolidowana, jak Konfederacja w dniu wystąpienia Brauna. Maria Corina Machado? Ma Nobla, ma Twittera, ale nie ma struktur ani poparcia. Wenezuela nie ma głowy, ale ma cały tłum ludzi z mikrofonami. Chaos jako strategia.

Dlaczego Wenezuela? Dlaczego znów USA poczuły potrzebę napompowania mięśni w regionie, który i tak ledwo oddycha? To proste jak myśl przewodnia kampanii Trumpa: chodzi o ropę, o kontrolę, o pokaz siły. Wenezuela to nie tylko biedny kraj z hiperinflacją i prezydentem o zapędach operetkowego tyrana. To kraj z największymi potwierdzonymi rezerwami ropy naftowej na świecie. Ropa, która — zdaniem Trumpa — powinna „przestać się marnować w rękach lewaków”. Wenezuela to również drzwi do Ameryki Południowej, regionu, który w nowej wersji Doktryny Monroe ma być czymś pomiędzy amerykańskim przedmieściem a strefą wpływów z programem lojalnościowym. I jeszcze jedno — każdy populista wie, że łatwiej się wygrywa wybory z mapą wojenną niż z mapą inflacji.

Tymczasem Trump ogłasza sukces. Znowu. Tylko że sukces bez planu to jak tort bez spodu: dobrze wygląda z wierzchu, ale rozlewa się przy pierwszym dotknięciu. Unia Europejska apeluje o „powściągliwość”, co w języku dyplomacji oznacza „czy moglibyście wreszcie przestać zachowywać się jak bandyci z liceum?” Donald Tusk, który wygląda, jakby przeczytał wszystkie briefy i jeszcze trzy książki o Machiavellim przed śniadaniem, zachował zimną krew. W swojej wypowiedzi podkreślił, że „świat musi reagować z rozwagą”, a Polska monitoruje sytuację i zadba o swoich obywateli. Brzmi to jak standardowa wypowiedź premiera, ale w tonie słychać było nutę zniecierpliwienia — jakby chciał powiedzieć: „czy naprawdę musimy znów gasić pożar, który ktoś podpalił amerykańską zapałką i tweetem?”

Rosja, wiecznie zaskoczona moralnością Zachodu, potępia działania USA, bo konkurencja w kategorii „kto jest większym hipokrytą” jest wciąż otwarta. A tymczasem Ameryka wraca do swojej starej, dobrej tradycji: rzucamy jakimś krajem o ścianę co dekadę, żeby pokazać, że umiemy.

Czy będzie to wojna? Niekoniecznie. Będzie to raczej gra w imperialne domino, w której Trump marzy, by zostać panem świata, ale potyka się o własny ego-trip. Różnica między prezydentem a desperatem polega na tym, że pierwszy konsultuje działania z Kongresem. Trump to po prostu desperat z dostępem do sił specjalnych.

Czekamy na konferencję. Może przyniesie Madura w kajdankach jak psa wystawowego. Może nowy slogan: „Make Latin America Ours Again”. Może tylko Trumpa w zbroi z foli aluminiowej, udającego Cezara XXI wieku.

Jedno jest pewne: znowu oglądamy powtórkę historii. Z tym że tym razem nie ma popcornu. Jest niepokój, cynizm i świadomość, że w tym filmie bohater to tylko pozory, a reżyser nie ma pojęcia, gdzie ustawić kamerę.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights