
W piątek na Alasce Donald Trump spotka się z Władimirem Putinem. Dla jednych – historyczna chwila. Dla innych – koszmar na jawie. Dla samego Trumpa – okazja, by wcisnąć do przemówienia słowo „ja” przynajmniej 128 razy na minutę.
Trump – człowiek, który ogłosił już zakończenie pięciu wojen (trudno ustalić, których, bo geografię ma w wersji „Google Maps dla początkujących”) – tym razem mierzy wysoko. Dzwonił do Norwegów, by dyskretnie zapytać o Pokojową Nagrodę Nobla. Bo skoro Barack Obama dostał ją „za ładny uśmiech i nadzieję”, to czemu nie on – za selfie z Putinem?
Problem w tym, że „pokój” w wydaniu Trumpa wygląda jak promocja w jego kasynie: dużo konfetti, zero realnych korzyści. Wersja minimum: Putin dostaje, co chce, Ukraina zostaje z dziurą w mapie, a Trump z tytułem „najlepszego negocjatora w historii ludzkości” – przyznanym przez… Trumpa.

Europa drży. Nie dlatego, że wierzy w Putina, ale dlatego, że wie, iż Trump potrafi zmienić zdanie szybciej niż kolor krawata. W poniedziałek grozi sankcjami, we wtorek zaprasza na golfa, a w środę ogłasza, że „wszyscy są teraz przyjaciółmi” – bo ktoś mu powiedział, że w Rosji lubią jego steki.
Putin wie, jak się z takim partnerem obchodzić: trochę pochwał, trochę obojętności, żadnych sprzeciwów wprost. To działa – Trump reaguje jak kot na odgłos otwieranej puszki. Tyle że w tej puszce jest nie „pokój”, a „nowy plan na Donbas” – plan, w którym Ukraina oddaje terytorium, a Rosja oddaje… może uśmiech.
Wersja optymistyczna? Dogadają się w sprawie kontroli broni nuklearnej. Wersja realistyczna? Dogadają się w sprawie, jak dobrze wypaść na wspólnym zdjęciu.
Trump chce Nobla. Putin – Ukrainy. Europa – świętego spokoju. Ukraina – przetrwania. I tylko jedno jest pewne: w piątek wygra Trump. Bo niezależnie od efektu szczytu, ogłosi, że wygrał.
A Nobel? Cóż, jeśli kiedykolwiek przyznają nagrodę za „pokój… w Twitterze po 22.00”, to już wiemy, kto jest faworytem.

Dodaj komentarz