
Niedziela. Dzień Święty, czyli okazja, by zamiast do kościoła, udać się na pielgrzymkę po absurdach polityki krajowej i zagranicznej. Bo jeśli ktoś myśli, że niedziela to czas odpoczynku, to nie zna Trumpa, Kaczyńskiego i Mentzena. Ci panowie, niczym polityczne gremliny, żywią się stresem innych, a niedzielne popołudnie to dla nich jak happy hour na rozum.
Zaczniemy od Donalda. Święty Donald od Rozbioru Europy, patron narcyzmu i geopolitycznej demolki. Ten człowiek to deweloper dusz i pogromca struktur. Marzy mu się rozbicie Unii Europejskiej niczym wózka w IKEA: tanio, chaotycznie i bez instrukcji. Przypomina Putina, ale w wersji dla tych, co zamiast KGB wolą FOX News. Tak bardzo chce być rewolucjonistą, że nie zauważa, że ma na sobie pampersa historii i nikt już nie chce go przewijać.
Europejska skrajna prawica, ta sama co kiedyś grzała fotele u Putina, teraz gapi się na Trumpa jak łasica na suszarkę. Z jednej strony chcieliby z nim romansować, z drugiej wiedzą, że każdy flirt z tym środkiem do usuwania demokracji kończy się ciążą z autorytaryzmem. Nawet tacy esteci reakcji jak Farage czy Messerschmidt muszą się teraz publicznie odcinać od tego jarmarcznego Napoleona.
I tak, Trump oskarża Europę o bycie zagrożeniem. Bo człowiek, który do polityki podchodzi jak do przetargu na wieżowiec, nie może znieść, że UE nie chce być jego nowym kasynem. Grenlandia nie pykła, Bruksela nie da się kupić za hamburgery, więc Donald obrażony jak dzieciak w piaskownicy.
W USA też gorąco. Po kolejnych zgonach podczas akcji federalnych Trump odkręca kurki imigracyjnej grozy. MAGA-ojcowie krzyczą: „zdrada!”, centrum krzyczy: „może trochę mniej faszyzmu?”, a Demokraci szykują popcorn i akty oskarżenia. Nawet Sean Spicer, żywy mem z epoki pierwszej kadencji, wieje niepokojem. Kiedy rzecznik prasowy zaczyna brzmieć jak prorok zagłady, to wiedz, że coś się dzieje.
A co u nas, nad Wisłą?

Kaczyński w szpitalu. Zapalenie płuc, ale polityczne objawy są znacznie ostrzejsze: nerwowość, rozszczepienie frakcyjne i halucynacje o przywództwie Błaszczaka. Harcerze Morawieckiego chcą rozsmarować Maślarzy Czarnka jak tani pasztet na kongresowym stole. W tle pobrzmiewa nieśmiertelny gronkowiec, nie tylko w kolanie, ale i w duszy partii.
Karol Nawrocki, ten reinkarnowany komsomolec z twarzy podobny do nikogo, rozgrywa partyjną szachownicę z finezją chłopa grającego w warcaby. Zaprasza wszystkich i nikogo, pokazuje klasę, którą można zmieścić w kieliszku do wódki. Dla PSL-u robi ukłony, Lewicę traktuje jak plankton, a KO podaje kawę przez zamknięte drzwi.
Polska 2050 też bawi. Tam trwa telenowela pt. „Na Wspólnej Wizji”. Hołownia grozi odejściem z własnej partii jak obrażona nastolatka z TikToka. Pełczyńska-Nałęcz wygrywa wybory, ale to jak wygrać w totolotka i odkryć, że nagrodą jest kierowanie rozlatującym się tramwajem. Wszyscy się kochają, ale nikt nikomu nie podaje ręki. Nawet Kukiz mógłby ich czegoś nauczyć o lojalności, a to już poważny objaw choroby.
Na koniec krótko o Konfederacji. Mentzen prowadzi partię wprost do księgowego Armagedonu. Rozliczenia finansowe są jak z zeszytu do matmy w trzeciej klasie podstawówki. Subwencje wiszą na włosku, Nowa Nadzieja staje się Imperium Kontratakuje, a za chwilę przemianuje się na Klub Czarnej Dziury. Bosak podejrzewa Mentzena o zdradę, Mentzen Bosaka o spisek, a Braun podejrzewa wszystkich o bycie żydowskim promieniem chemtrails.
Nie, to nie jest scenariusz nowego sezonu „Ucha Prezesa”. To Polska, Europa i świat 2026. Gdzie świętości nie ma, zdrowego rozsądku jak na lekarstwo, a ironia jest ostatnim bastionem normalności.
Smacznej niedzieli, oby wam zupa nie wystygła od tego czytania.

Dodaj komentarz