
Donald Trump – człowiek, który uważa, że mówienie „peace” trzy razy dziennie w lustrze powinno wystarczyć do otrzymania Pokojowej Nagrody Nobla – znowu wyciągnął swoje mikroskopijne poczucie wstydu na spacer i od razu je zgubił. Tym razem oświadczył, że byłby zaszczycony, mogąc odebrać Pokojowego Nobla… z rąk Marii Coriny Machado, liderki wenezuelskiej opozycji. Tak. Z rąk kobiety, której politycznych ambicji nie poparł, której kraj chce „przeorganizować”, i którą niedawno uznał za niepoważną. Ale jeśli ma medal, to już coś znaczy. Bo w tym cyrku, jak się świeci, to można to Trumpowi wręczyć.
Trump, w rozmowie z Fox News, rozmarzył się na głos, że Machado – noblistka – odwiedzi wkrótce USA, i on chętnie się z nią spotka. Żeby co? Żeby wyżebrać Nobla jak dziecko na Halloween cukierka? Żeby odebrać medal, którego nie dostał, za zasługi, których nie popełnił? A może żeby odegrać publicznie swoją ulubioną rolę: „Ja, niedoceniony, geniusz, mesjasz pokoju, ofiara norweskiego spisku”?
Wyobraźmy to sobie: Machado, kobieta z krwi i kości, prześladowana przez reżim Maduro, walcząca o resztki demokracji, podchodzi do Trumpa – najnowszego klienta politycznego second-handu – i mówi: „Proszę, panie Donaldzie. Pan to bardziej zasłużył. Ja tylko walczyłam o prawa człowieka. A pan? Pan tweetował z uczuciem”.
To już nawet nie jest kabaret. To jest upadek godności w formie postępującej. To jakby złodziej rowerów poprosił Tour de France o puchar, bo „dużo jeździł w nocy”.
Najlepsze, że Trump nie widzi tu nic dziwnego. Wręcz przeciwnie – oburza się, że Norwegia nie przyznała mu nagrody, i nazywa to „wielkim wstydem”. Dla Norwegii. Nie dla siebie. W jego świecie to Oslo powinno mu przysłać medal w aksamitnym pudełku i paczkę łososia jako przeprosiny za to, że ignorują jego istnienie.
A wszystko to dzieje się równolegle z jego planem na Wenezuelę. Bo Trump, ten wielki obrońca suwerenności, ogłosił właśnie, że USA „przejmą kontrolę nad sektorem naftowym Wenezueli”. Oczywiście, z zyskami „dzielonymi między oba kraje”. Czyli klasyczny deal: my bierzemy, wy dziękujecie. Demokracja? Później. Jak już Exxon i Chevron odbudują stacje benzynowe.

– Najpierw wyeksploatujemy ropę, zarobimy miliardy, potem może będą wybory – stwierdził z powagą Trump, niczym mafijny architekt nowego ładu. Wybory, oczywiście, nie teraz, bo – jego zdaniem – Wenezuela to kraj trzeciego świata i „nie wie nawet, jak się robi wybory”. Co brzmi dość ironicznie z ust człowieka, który sam uważa, że przegrał wybory przez karaluchy z systemu Dominion i niewidzialnych Chińczyków.
Machado, ta sama, którą Trump określił jako „miłą kobietę bez poparcia”, nagle staje się dla niego osobą godną wręczenia Nobla. Dlaczego? Bo ma medal. A jak wiadomo, Trump lubi tylko ludzi z medalami, pieniędzmi i bez kręgosłupa moralnego. Machado ma przynajmniej dwie z tych rzeczy. Reszta się nie liczy.
Cały ten spektakl, to Trump w najczystszej postaci: oportunista, mitoman i wyznawca religii własnej wielkości. Chce Nobla nie dlatego, że cokolwiek zrobił, ale dlatego, że czuje, że mu się należy. Bo przecież mówił o pokoju, spotykał się z dyktatorami (bez bomb, brawo!) i raz prawie coś podpisał w sprawie Bliskiego Wschodu. Co z tego, że to wszystko rozpadło się szybciej niż jego małżeństwa? Liczy się gest. Liczy się zdjęcie.
Nie, Donaldzie. Nobel to nie jest gadżet z programu Fox News. Tego nie da się po prostu „odebrać” jak Złotego Globa za życiową rolę w „Reality TV: Biały Dom Edition”. Nie dostaniesz medalu z drugiej ręki. Machado nie jest twoją sekretarką od dyplomów. I nie, Norwegia nie będzie się kajać przed Trump Tower.
Możesz co najwyżej zamówić medal z Amazona, wygrawerować na nim „Najlepszy w byciu sobą” i powiesić go w złotym kiblu, obok lustra, do którego mówisz „Mr. President” każdego ranka.
To nie Norwegowie powinni się wstydzić. To ty powinieneś. Ale, jak wiemy, z całej masy wartości wciąż nie udało ci się przyswoić jednej: wstydu.
I tak oto człowiek, który na pokój zasłużył jak frytka na gwiazdkę Michelina, znowu domaga się miejsca na podium. Tylko dlatego, że nie zna różnicy między wielkością a rozmiarem czcionki na Twitterze.
Trump chce Nobla, którego nie dostał, od kobiety, której nie popiera, za pokój, którego nie stworzył. A wszystko to z miną człowieka, który myśli, że świat to jego program lojalnościowy.

Dodaj komentarz