TRUCHŁO WRACA, SMOLEŃSK GRZMI, A GŁUPOTA MARSZEM KROCZY

Warszawa

Listopad. Miesiąc mgły, zadumy i politycznego zombie show z Żoliborza. Truchło Wodza znów podniosło się z trumny absurdu i przemówiło — jak zawsze miesięcznie, jak zawsze ze złością, jak zawsze z pretensją do całego świata, który nie rozumie jego wielkości. I jak zawsze, Jarosław Kaczyński pomylił rzeczywistość z halucynacją.

Na placu Piłsudskiego, otoczony garścią wiernych, wystąpił w roli mściciela Smoleńska, obrońcy prawdy i jedynego właściciela Polski. A przecież to nie był monolog polityczny — to był egzorcyzm. Jarosław znów widzi wszędzie Putina, zdradę, agenturę i „najmarniejszą część społeczeństwa”, którą trzeba zepchnąć pod dywan historii. Tyle że ta „marniejsza część” to dziś większość — ci, którzy przestali wierzyć w smoleńskie bajania i w to, że Polskę da się zbudować na miesięcznicach i paranoi.

„W Polsce nie obowiązuje prawo!” — grzmiał gnom z ambony absurdu. Miał rację. Przez osiem lat obowiązywało tylko jego prawo: prawo do bezkarności, do kłamstwa, do szczucia. Dziś, gdy sądy zaczynają stawiać pytania, nagle okazuje się, że państwo to nie on. Szok.

Prezes PiS wytoczył z ust swoje ulubione epitety: „najgorsi z najgorszych”, „zdradziecka władza”, „agentura Putina”, „bezwartościowa część społeczeństwa”. Repertuar jak z kabaretu, tylko że to już nie śmieszy. To boli, bo przez lata te brednie miały moc – wypaczały rzeczywistość, dzieliły ludzi, napędzały nienawiść.

Kaczyński już nawet nie udaje, że mówi do wszystkich. On mówi do swojego wyśnionego elektoratu – tych, którzy nadal wierzą, że Lech był Mesjaszem, że Smoleńsk to zamach, że geje z Unii kradną im Boga, a Tusk to esesman z Brukseli. Zostało ich coraz mniej, ale są głośni. Krzyczą: „zwyciężymy!”, choć nie wiedzą, co, gdzie i nad kim.

Tragedią jest, że ten polityczny wampir nadal wchodzi na scenę i dostaje mikrofon. Kiedy mówi o „wystąpieniach agentury Putina”, pokazuje tylko jedno: że jego jedyną bronią jest strach. Straszenie Putinem, straszenie Tuskiem, straszenie kobietami, migrantami, LGBT i własnym cieniem.

I to wszystko dzień przed Marszem Niepodległości – tym samym, który miał być świętem wspólnoty, a stał się sabatem frustratów, pochodem nienawiści, spacerem ludzi z transparentami „Polska tylko dla Polaków” i ortograficznymi błędami w słowie „narodowy”.

Bo Marsz Niepodległości to dziś nie patriotyzm, a żałosny cosplay rewolucji. Tu Kaczyński chce być Piłsudskim, Nawrocki chce być de Gaulle’em, Bąkiewicz Rzymem w ogniu, a Braun — prorokiem apokalipsy. Tylko że Piłsudski miał pomysł na państwo. Ci mają tylko pomysł na wroga.

A wróg to każdy, kto nie klęczy przed mitem. Każdy, kto zada pytanie. Każdy, kto nie chce Polski smoleńskiej, ale europejskiej. Każdy, kto ma dość bycia obrażanym przez starego człowieka, który co miesiąc przeklina naród, bo naród ośmielił się chcieć czegoś więcej niż męczeńskiego pomnika i festynu z racami.

Jarosław Kaczyński nie przemawia już jako polityk. On przemawia jak zawiedziony prorok, któremu ludzie przestali wierzyć. Ale nie odpuszcza. Wraca jak bumerang – z okrzykami, że „prawo nie działa”, że „ludzie ośmielają się oskarżać tych, co kupowali wozy dla OSP”, że „to wszystko agentura”. To już nie są argumenty. To są urojenia.

Truchło z Żoliborza znów wróciło, znów mówi. Ale coraz więcej Polaków zakłada słuchawki, wycisza, wzrusza ramionami. I dobrze. Bo Polska ma ważniejsze sprawy niż miesięcznicowe jazdy smoleńskich fanatyków. Polska ma pracę, szkoły, szpitale i przyszłość do zbudowania.

A stary pan niech sobie krzyczy. Niech mu ktoś poda mikrofon bez baterii.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights