Tatusiowie, faszyści i Trzecia droga donikąd

Warszawa

(czyli polityka jako przedszkole dla niesfornych, tylko bez pani od rytmiki)

Donald Tusk mógłby już dawno odpłynąć w zasłużony polityczny świerzop, a jednak codziennie wraca, niczym bohater tragiczny w spektaklu, w którym wszyscy pozostali aktorzy zapomnieli tekstu, zapalili kulisy i zaczęli krzyczeć „Zamach stanu!” z buzią umazaną kisielem z Giertycha. Tusk to ostatnia nadzieja rozsądku, człowiek, który wciąż wierzy, że da się lepić państwo z plasteliny, mimo że koledzy z piaskownicy jedzą ją zamiast używać.

A co na to jego potencjalni koalicjanci?
Szymon Hołownia – lśniąca broszka politycznego DIY – postanowił pobawić się w geopolitykę i wpadł na pomysł, że spotkanie z Kaczyńskim da mu wiatr w polityczne skrzydła. Niestety, wiatr był z kierunku „totalna kompromitacja”, a skrzydła były zrobione z broszurek promocyjnych Polski 2050. Hołownia udaje, że grozi rządowi Tuska, ale robi to z wdziękiem jeża na wrotkach, który próbuje zatańczyć tango z niedźwiedziem brunatnym (nomen omen).

Władysław Kosiniak-Kamysz – człowiek, który zawsze wchodzi oknem, kiedy wszyscy wychodzą drzwiami – wysłał na tajne rozmowy Michała Kamińskiego, politycznego kameleona, który pamięta czasy, kiedy mleko w Polsce dostarczano w szklanych butelkach. Czy to sabotaż, sabat, czy sabotaż w czasie sabatu – trudno powiedzieć. Ale PSL wie jedno: najlepiej być blisko centrum, by w razie czego uciec w każdą stronę.

A skoro już mówimy o ucieczkach od rozumu – oto Andrzej Duda. Prezydent, który najwyraźniej prowadzi swoją politykę zagraniczną metodą „losuj cytat z Twittera i dodaj 'zdumiony’”. Wyraził „uznanie” dla działań Roberta Bąkiewicza, samozwańczego ochroniarza granic i pełnoetatowego podpalacza nastrojów. Bo przecież nic tak nie buduje wspólnoty narodowej, jak pochwała faszyzującego harcerza w kamizelce taktycznej. Duda mówi, że Bąkiewicz chce „chronić bliskich”. Możliwe, że chodziło mu o własne ego i narodową histerię, ale to szczegół. W końcu, jak mawiają w kręgach prezydenckich, „na strachu rośnie poparcie, a na refleksji – depresja”.

Na szczęście Radosław Sikorski, dyplomata z temperamentem szlachcica po trzech koniach i dwóch kielichach, nie daje się ogłupić. Na Twitterze (przepraszam, X) wali prosto z mostu: „Prezydent chwali faszystę”. Ot, taka poranna lektura, która przypomina nam, że nawet wśród ruin instytucji można jeszcze znaleźć kogoś, kto wie, co to wstyd. Sikorskiemu należy się medal – może nie Orzeł Biały, ale przynajmniej Złoty Sandał Rozsądku, którym można by dać politycznej klasie prztyczka w nos.

A gdzieś na drugim końcu tej teatralnej sceny stoi Trump. Tak, on wciąż istnieje, wciąż mówi i – co najgorsze – wciąż rządzi. W swojej nowej roli światowego tatusia Trump przypomina psychopatycznego dyrektora podstawówki, który rozwiązuje konflikty dzieci poprzez zrzucanie bomb na plac zabaw. Zełenski, Rutte, Iran, Izrael – wszyscy dostali od Trumpa twardą ojcowską reprymendę, czyli coś pomiędzy klapsem a szantażem nuklearnym. W wywiadach Trump mówi, że przynosi pokój. To trochę jakby Hannibal Lecter zapewniał, że dba o zrównoważoną dietę.

Trump gra „rozjemcę”, ale robi to z taką subtelnością jak Bąkiewicz w roli rzecznika praw człowieka. Gdyby świat był sitcomem, Trump byłby tym dziwnym sąsiadem, którego wszyscy się boją, ale nikt nie potrafi eksmitować. A Europa? Europa zamieniła się w rozbawioną klasę szkolną, która potakuje Trumpowi jakby rozdawał lizaki i rakiety ziemia-powietrze.

Podsumujmy. Tusk próbuje ratować powagę państwa, Hołownia robi cosplay polityka, Duda flirtuje z brunatnym folklorem, a Trump gra ojca świata, który rozwiązuje konflikty przy pomocy bomby i mema.

Czy jesteśmy świadkami nowego ładu?
Nie. Jesteśmy statystami w tragifarsie.
A tytuł tej sztuki to: „POLSKA 2050, ALE STYLISTYKA 1933”.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights