TAJNE SONDAŻE, TAJNE GŁOWY, CZYLI POLITYKA W ZAMKNIĘTYM SŁOIKU

Warszawa

Jest w Warszawie pewien gabinet, który wygląda jak miejsce, gdzie czas nie tyle się zatrzymał, co został zawieszony na kołku obok płaszcza z poprzedniej epoki. Tam powietrze ma ciężar starej biblioteki, w której nikt już nie czyta książek, ale wszyscy boją się je wyrzucić, bo może kiedyś się przydadzą do podparcia decyzji. W tym gabinecie siedzi Jarosław Kaczyński, człowiek, który od lat próbuje rządzić rzeczywistością tak, jak księgowy próbuje uporządkować chaos paragonów po weselu – z uporem, z nerwem i z głębokim przekonaniem, że jeśli coś się nie zgadza, to tym gorzej dla rzeczywistości.

Do tego gabinetu nie wchodzi się ot tak, z ulicy, z poglądami, z pomysłem czy – broń Boże – z samodzielnym myśleniem. Tam się wchodzi jak do konfesjonału, ze spuszczoną głową i najlepiej z gotowym rachunkiem sumienia. A jeszcze lepiej – z wykresem. Bo wykres, proszę państwa, jest dziś w tej opowieści tym, czym kiedyś była ideologia: usprawiedliwia wszystko, wyjaśnia wszystko i pozwala nie rozumieć niczego.

Wchodzi więc człowiek, którego prawie nie widać. Człowiek, który na zdjęciach wygląda jak przypis do artykułu naukowego. Piotr Agatowski – brzmi jak ktoś, kto mógłby uczyć studentów, jak badać nastroje społeczne, a tymczasem bada je tak, jak meteorolog bada burzę, którą sam potem próbuje sprzedać jako pogodę.

Przynosi wyniki. Nie jakieś tam wyniki. Tajne wyniki. Wyniki tak tajne, że aż człowiek zaczyna podejrzewać, iż nie chodzi o to, żeby je chronić przed wrogiem, tylko przed zdrowym rozsądkiem. Te kartki krążą między kilkoma wybrańcami jak listy miłosne w klasztorze – każdy wie, że istnieją, ale nikt nie powinien ich czytać na głos.

I oto zaczyna się spektakl, który spokojnie można by wystawić w teatrze absurdu, gdyby nie to, że jest grany na żywo i za publiczne pieniądze. Przy stole siedzą ludzie, którzy patrzą w te liczby tak, jak dawni wróżbici patrzyli w gwiazdy – Joachim Brudziński z miną szkolnego prefekta, Adam Bielan z uśmiechem człowieka, który zawsze wie lepiej, Mariusz Błaszczak, który wygląda, jakby właśnie raportował stan magazynów historii, i Przemysław Czarnek, profesor od wszystkiego i od niczego, który każde zdanie wypowiada tak, jakby zaraz miał za nie wystawić ocenę niedostateczną całemu społeczeństwu. Szukają znaków. Szukają sensu. Szukają przede wszystkim potwierdzenia, że świat nadal kręci się wokół nich, choć już dawno zmienił orbitę.

Jest w tym coś wzruszającego, jak w próbie zatrzymania wiosny ręką. Bo kiedy rzeczywistość zaczyna się wymykać, najprostszą reakcją jest ją zamknąć w tabelce. Wtedy wszystko wygląda lepiej. Poparcie można podnieść, wystarczy zmienić interpretację. Porażkę można nazwać trendem. A katastrofę – korektą.

Tymczasem gdzieś obok, w cieniu tej operetki politycznej, siedzą profesorowie. Kiedyś zapraszani, dziś raczej dekoracyjni. Jak stare pianino w salonie, które już nie gra, ale dobrze wygląda na zdjęciach. Kaczyński podobno lubi rozmowy z intelektualistami. I to jest prawdopodobnie prawda, tak jak ktoś może lubić spacer po lesie, pod warunkiem że nie musi tam wchodzić.

Bo intelektualista ma tę przykrą cechę, że potrafi powiedzieć coś, co nie pasuje do wykresu. A wykres, jak wiadomo, jest dziś ważniejszy niż rzeczywistość, bo jest bardziej posłuszny.

W tej nowej hierarchii świata profesor przegrywa z „maślarzem”, a profesor Przemysław Czarnek jest tu przypadkiem szczególnym – bo jest jednocześnie jednym i drugim, akademickim tytułem przykrywając polityczną toporność, jakby ktoś założył togę na młot pneumatyczny. Słowo piękne, miękkie jak kromka chleba posmarowana oportunizmem. „Maślarz” nie pyta, „maślarz” przytakuje. „Maślarz” rozumie, że w polityce nie chodzi o rację, tylko o konsystencję przekazu. Najlepiej gładką, tłustą i łatwą do przełknięcia.

I tak oto partia, która kiedyś opowiadała o wielkich ideach, dziś siedzi nad wykresami jak nad menu w barze mlecznym, zastanawiając się, czy lepiej podać wyborcom strach w sosie patriotycznym, czy może gniew z dodatkiem religijnej posypki.

A świat tymczasem nie czeka. Rząd próbuje łatać państwo po latach rozkręcania śrubokrętem ideologicznym, dyplomacja próbuje rozmawiać z ludźmi, którzy wiedzą, gdzie leży Rosja i dlaczego nie jest to temat do żartów, a gdzieś w tle krąży duch historii, który ma tę nieprzyjemną właściwość, że zawsze wraca po swoje.

I tylko na Nowogrodzkiej trwa ten osobliwy seans. Cisza, kartki, kilka nazwisk, kilka decyzji. Wszystko w wąskim gronie, wszystko pod kontrolą, wszystko jak w akwarium, w którym ryby nie wiedzą, że ktoś już dawno odłączył filtr.

Bo prawda jest taka, że jeśli polityka zaczyna przypominać tajne komplety z czasów, gdy nikt nikomu nie ufał, to znaczy, że nie mamy do czynienia z siłą, tylko z lękiem. A lęk, nawet jeśli ubrany w garnitur i otoczony wykresami, zawsze pachnie tak samo – jak zamknięte pomieszczenie, w którym dawno nie otwierano okna.

I można oczywiście dalej udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Można czytać te liczby jak horoskop dla partii. Można nawet uwierzyć, że wystarczy jeszcze jedna analiza, jeszcze jeden wykres, jeszcze jedno spotkanie w wąskim gronie.

Ale rzeczywistość ma tę złośliwą cechę, że nie czyta raportów.

Ona po prostu przychodzi.

I wtedy nawet najbardziej tajne badania okazują się tylko bardzo drogim sposobem na to, żeby nie wiedzieć, co się naprawdę dzieje.

A gdy już wszystko zostanie policzone, przeliczone i przefiltrowane przez strach przed prawdą, pozostaje tylko jedno – udawać, że naród to arkusz kalkulacyjny, który można poprawić gumką do mazania.

Bo w tym świecie prawda nie jest tym, co jest, tylko tym, co mieści się w tabelce i nie denerwuje prezesa.

A kiedy rzeczywistość zaczyna się nie mieścić – tym gorzej dla rzeczywistości, którą zawsze można jeszcze raz przeliczyć, przestawić i wygładzić jak statystykę przed konferencją prasową.

I tylko wyborcy, ci niewdzięczni amatorzy faktów, mają tę nieprzyjemną skłonność, żeby nie głosować zgodnie z wykresem.

Dlatego cała ta operacja przypomina już nie politykę, lecz desperacką próbę ustawienia lustra tak, żeby Jarosław Kaczyński nie zobaczył w nim końca własnej opowieści, a Przemysław Czarnek nie musiał tłumaczyć wyborcom, dlaczego rzeczywistość nie chce się podporządkować jego wykładowi.

A puenta jest prosta jak rachunek sumienia po przegranych wyborach:

Bo jeśli partia zamienia politykę w tajne czytanie sondaży przy zamkniętych drzwiach, to znaczy, że już nie rządzi krajem – tylko pilnuje, żeby kraj nie zorientował się, jak bardzo przestał jej słuchać.

Można przez lata fałszować obraz świata, ale przy urnie wyborczej świat zawsze wystawia rachunek – i niestety nie przyjmuje płatności wykresem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights