TAJEMNICE, TABLETKI I SPÓŹNIONY DOBRY WUJEK

Warszawa

Wiosna przyszła do Warszawy jak urzędnik z teczką — niby coś przynosi, niby coś załatwia, ale człowiek do końca nie wie, czy to będzie decyzja, czy tylko pieczątka odbita w próżni.
Na drzewach pojawiły się pierwsze liście, takie nieśmiałe, jakby same nie wierzyły, że warto już wracać do tej rzeczywistości, w której polityka przypomina teatr kukiełkowy, tylko że kukiełki same sobie piszą scenariusze i jeszcze są z nich dumne.

I oto mamy spektakl kolejny, z gatunku tych, które zaczynają się jak dramat sądowy, a kończą jak kabaret w remizie, gdzie ktoś pomylił teksty i gra dalej, bo publiczność już zapłaciła za bilety.

Sprawa Sławomira Cenckiewicza, człowieka, który od miesięcy dryfuje między tajemnicą państwową a własnym CV, doczekała się aktu sądowego, który coś kończy i jednocześnie niczego nie zamyka.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargi kasacyjne, a więc potwierdził wcześniejsze rozstrzygnięcia, ale jak to w Polsce bywa — gdy drzwi się zamykają, natychmiast ktoś otwiera okno i mówi: „proszę się nie rozpędzać”.

Bo oto słyszymy, że to wcale nie oznacza powrotu do świata tajemnic, że dostęp do nich nie wraca jak bumerang, tylko jak list polecony — niby wysłany, ale jeszcze trzeba podpisać odbiór i sprawdzić, czy adres się zgadza.

Cenckiewicz ogłasza zwycięstwo z triumfalną miną człowieka, który właśnie wygrał bitwę pod Grunwaldem na Twitterze, choć w rzeczywistości stoi na polu, gdzie kurz jeszcze nie opadł, a przeciwnik nie powiedział ostatniego słowa.
To jest zwycięstwo szczególnego rodzaju — takie, które wymaga dopisku drobnym drukiem, że obowiązują warunki i ograniczenia, a regulamin znajduje się gdzieś w szufladzie, do której klucz ma ktoś inny.

W tle tej całej opowieści majaczy historia niemal groteskowa, jakby ktoś postanowił napisać powieść sensacyjną o państwie i pomylił rozdziały z kartoteką medyczną.
Wszystko zaczęło się od leków, od recept, od wizyt u lekarza, które nagle urosły do rangi zagadnienia bezpieczeństwa narodowego, jakby tabletka przeciwbólowa była w stanie rozbroić NATO.

Służby zajrzały do papierów, przeliczyły wizyty, zważyły substancje i uznały, że być może gdzieś w tej historii czai się cień, który może stać się pretekstem do szantażu, a więc trzeba działać.
Sąd spojrzał na to spokojniej, jak lekarz, który wie, że nie każda gorączka oznacza epidemię, i powiedział: panowie, może trochę mniej dramaturgii, a więcej prawa.

I tu zaczyna się właściwy dramat, bo oto mamy państwo, które próbuje być poważne, i ludzi, którzy robią wszystko, żeby wyglądało jak kabaret, w którym każdy gra swoją rolę z przesadą godną operetki.

Na jednym końcu tej sceny stoi rząd Donalda Tuska, który próbuje uporządkować chaos po latach, gdy instytucje przypominały raczej zbiór prywatnych folwarków niż mechanizm państwowy.
To jest praca niewdzięczna, jak sprzątanie po balu, na którym goście nie tylko rozbili kieliszki, ale jeszcze wynieśli stoły.

Na drugim końcu mamy obóz skupiony wokół Karola Nawrockiego, który zachowuje się jak człowiek, który dostał zegarek, ale nie bardzo wie, jak działa wskazówka minutowa, więc co jakiś czas potrząsa nim z nadzieją, że ruszy.
Nominacje oficerskie podpisane po pół roku wyglądają jak spóźniony list gratulacyjny, który dociera, gdy jubilat zdążył już zapomnieć, że miał urodziny.

I to wszystko dzieje się w rytmie polityki, która coraz częściej przypomina grę w pozory — ktoś coś blokuje, ktoś coś odblokowuje, ktoś ogłasza sukces, ktoś mówi, że to dopiero początek, a obywatel stoi z boku i zastanawia się, czy to jeszcze państwo, czy już spektakl improwizowany.

Na tym tle błyszczy Radosław Sikorski, który z właściwą sobie elegancją potrafi jednym zdaniem przypomnieć, że ci sami ludzie, którzy dziś mówią o migracji, jeszcze niedawno handlowali wizami jak na bazarze. To jest ironia historii, która ma poczucie humoru bardziej wyrafinowane niż niejedna redakcja.

A Przemysław Czarnek, ten chodzący paradoks edukacji i zdrowego rozsądku, próbuje opowiadać o polityce migracyjnej, jakby nie zauważył, że jego własna partia zostawiła po sobie ślady tak wyraźne, że nawet ślepy by się o nie potknął.
To już nie jest hipokryzja, to jest sztuka performatywna, w której widzowie przestają klaskać, bo nie wiedzą, czy to jeszcze scena, czy już rzeczywistość.

W całej tej opowieści jest też coś ludzkiego, coś, co nie mieści się w komunikatach i decyzjach sądów.
To jest lęk przed starością, przed chorobą, przed tym, że nasze życie może zostać sprowadzone do kilku linijek w formularzu, w którym ktoś zaznaczy rubrykę „tak” albo „nie”.

Człowiek idzie do lekarza, bo boli go głowa albo dusza, a potem okazuje się, że to może być problem państwowy, jakby prywatność była luksusem, na który nie każdego stać.
I nagle widzimy, że w tym całym sporze nie chodzi tylko o politykę, ale o granice między tym, co publiczne, a tym, co ludzkie.

Wiosna tymczasem robi swoje.
Drzewa rosną, ludzie spacerują, ktoś kupuje lody, ktoś się zakochuje, ktoś się boi, że coś się kończy.

A państwo toczy swoje gry, swoje spory, swoje drobne wojny o wielkie słowa.
I tylko czas, ten najuczciwszy sędzia, patrzy na to wszystko z dystansem i mówi: spokojnie, jeszcze nie takie spektakle widziałem.

I może właśnie dlatego warto patrzeć na to wszystko z ironią, bo bez niej człowiek zwariowałby szybciej niż polityk zmienia narrację.
A ironia, jak wiosna, wraca zawsze — nawet wtedy, gdy wydaje się, że już nic nie ma sensu.


  1. Tadeusz Drozda

    Goście wynieśli stoły! Nawet Orban stół zostawił. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights