









Polska polityka to nie teatr. Teatr zakłada istnienie scenariusza i przynajmniej jednej osoby, która wie, jak to wszystko ma się skończyć. Polska polityka to bardziej escape room urządzony w szopie za oborą, z zablokowanym wyjściem i klimatem gorączki sobotniej nocy. W głównej roli: Szymon Hołownia. Człowiek, który kiedyś pocieszał przegrywających uczestników talent-show, a dziś pociesza samego siebie, bo właśnie zarządził polityczną autodestrukcję.
Marszałek Sejmu, autokoronowany książę procedur i świętości regulaminu, postanowił głosować z PiS-em. W sprawie CPK. Tak, tego CPK, co to kosztowało już setki milionów, a nie ma nawet budki z zapiekankami. Dla Hołowni to było tylko „techniczne głosowanie”. Jasne. Jak przyciskanie guzika samodestrukcji w rakiecie – też jest tylko techniczne, a potem wszyscy lecą w kosmos.
Nie dość tego, Szymon ogłasza, że nie będzie już liderem swojej własnej partii. Brzmi jak facet, który najpierw rozbił samochód, potem oddał kluczyki, a na koniec kazał dziewczynie kierować, choć ona nie ma prawa jazdy. I tu wjeżdża Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, niczym żelazna dama z Empiku. Partnerka, zauszniczka, potencjalna wicepremierka i specjalistka od mówienia „Ale to ja miałam być pierwsza!” do mikrofonu.
Dla Donalda Tuska to jak włożenie łapy w mrowisko i udawanie, że to masaż. Bo Pełczyńska to osoba, której Tusk nie znosi. I z wzajemnością. Tyle że Hołownia trzyma się jej kurczowo, jak dziecko ulubionej zabawki, choć wszyscy dookoła krzyczą: „Zostaw to, to nie twoje!”
W tym czasie Nawrocki, ten sam, który w polityce jest jak kibol na salonach, wpycha do Sejmu swoje projekty jak gość na imprezę bez zaproszenia. I oto mamy poważny kryzys koalicyjny, bo Hołownia tańczy politycznego breakdance’a na nerwach premiera. Tusk oczywiście reaguje jak trzeba: spokojnie, rzeczowo, grzmiąc jak Zeus po trzech espresso.
A przecież Donald już wcześniej wiedział, że będą kłopoty. Tyle że nie przewidział, że Hołownia zacznie szantaż koalicyjny z poziomu przedszkolaka: „Oddam marszałka, ale dajcie mojej koleżance wicepremiera!”. To nie jest polityka. To jest teatr kukiełkowy dla dorosłych, tylko że kukiełki same sobie wymyślają kwestie.
Zresztą, Hołownia zachowuje się jak pasażer samolotu, który w trakcie lotu postanawia otworzyć drzwi awaryjne, bo „chciał tylko przewietrzyć”. Polska 2050 to teraz nie partia, a klub literacki dla niedoszłych premierów, którzy po cichu liczyli na rolę Toma Cruise’a w kolejnym Mission Impossible.
A W CIENIU KOALICYJNEJ SZOPKI: MORAWIECKI I JEGO TRZY ZMORY
Mateusz Morawiecki wraca z politycznego niebytu. Jak zombie w garniturze, szuka swojego miejsca przy stole, ale tam już siedzi Czarnek, Jaki i Bocheński. Ta trójca to jak zespół weselny grający na pogrzebie: nastroju nie poprawiają, ale przynajmniej jest o czym gadać.
Dogadali się z Sasinem i Błaszczakiem, którzy od lat są jak cień Kaczyńskiego – wszędzie za nim, choć nikt nie prosił. Ich jedynym celem jest zablokować powrót Morawieckiego. Problem w tym, że wszyscy chcą być premierem, a prezes i tak wybierze swojego ulubieńca. Casting trwa, ale nikt nie zna kryteriów.
Jarosław Kaczyński siedzi nad tym wszystkim jak węglarz z legendy – czarny od dymu, ale przekonany o własnej świętości. I, oczywiście, odpalający kolejne granaty absurdu: ostatnio objawił się jako ekspert od alkoholizmu kobiet. Według niego, kobiety uzależniają się szybciej, więc trzeba im ograniczyć dostęp do wódki. Brzmi to jak fragment broszury z 1957 r., tylko jeszcze bardziej mizoginicznie.
TYM WYRÓŻNIAJĄ SIĘ TYLKO NIELICZNI
W tym politycznym bagienku paru ludzi ciągle trzyma pion. Sikorski – cichy zabójca dyplomatyczny, który jednym zdaniem potrafi wbić kij w szprychy prezydenckiej tandetzie. Waldemar Źurek, który sprząta sądy po pijackim weselu Ziobry. I Andrzej Domański, który patrzy na budżet jak księgowy po przejściach: wie, że nic się nie zgadza, ale jeszcze nie rzuca papierami.
PODSUMUJMY TEN CYRK
Polska polityka przypomina niedzielny rosół gotowany z tego, co zostało po tygodniu. Zamiast kurczaka – kogut. Zamiast warzyw – obierki. A na powierzchni unosi się kundel, który wylizał łyżkę.
Obywatele płacą, oglądają, zgrzytają zębami. A politycy? Bawią się dalej, jakby nigdy nic. Hołownia gra w „obrażonego zbawcę”, PiS urządza wewnętrzne igrzyska, a Nawrocki przymierza koronę, choć na razie ledwo dorobił się czapki z foli aluminiowej.
Niech żyje Polska. Kraina, gdzie polityka to komedia, tylko nikt nie pamięta, kto pisał scenariusz. I dlaczego wszystko brzmi jak improwizacja po pijackiej sobocie.
Miłej niedzieli. I nie zapomnijcie zamknąć drzwi awaryjnych.

Dodaj komentarz