
Cóż to był za czwartek! Polskie piekiełko polityczne znów zagotowało się jak rosół na niedzielnym ogniu. Karol Nawrocki, nasz nowy heros w garniturze trzy numery za dużym, wrócił ze spotkania z Donaldem Trumpem. I już sam fakt, że wrócił – a nie został w USA jako kolejny konsultant ds. pamięci narodowej – uznawany jest za sukces.
Na tle wizyty Karola w Białym Domu polska opozycja rozdzierała szaty, a rządzący koalicjanci patrzyli z miną dzieci, którym ktoś zjadł lody. Robert Biedroń dorzucił swoje trzy grosze, nazywając to wszystko „szon patrolem”. No cóż, Robercie – z patrolami różnie bywa. Ten szonowy może i jest groteskowy, ale przynajmniej nie terroryzuje nastolatek na TikToku.
A skoro o patrolach mowa – Karol Nawrocki rzeczywiście wyglądał w USA jak ktoś, kto przypadkiem pomylił ochronę Białego Domu z wejściem na koncert discopolo. Ale, o dziwo, udało mu się wycisnąć z Trumpa deklarację o wojskowej obecności w Polsce. To trochę jakby klient po weselu oddał ci garnitur z pralni i jeszcze dorzucił butelkę whisky. Nie pytajmy, jak to zrobił – cieszmy się, że zrobił.
Tymczasem w Luksemburgu TSUE znów wymierzył Polsce klapsa. Sędziowie stwierdzili, że sądy niższej instancji mogą sprawdzać, czy neosędziowie to aby na pewno sędziowie, czy tylko przebierańcy w togach wypożyczonych z teatru. Jeśli nie spełniają wymogów – ich wyroki są nieważne. Innymi słowy: kostium balowy nie czyni króla, nawet jeśli pasuje do butów.
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek (tak, dobrze czytacie – Żurek w roli ministra to już sama w sobie groteska godna Mrożka) zapowiedział, że ci neosędziowie będą płacić odszkodowania z własnej kieszeni. Chciałbym to zobaczyć: kolejka togowych do Providenta po chwilówkę, żeby pokryć rachunki za swoje pseudoorzeczenia. Piękny obrazek – Polska w pigułce.
Do tego wszystkiego jeszcze 8,3 miliona euro kary od TSUE za spóźnienie z wdrożeniem unijnej dyrektywy. To już taka nasza tradycja narodowa: zamiast w terminie, robimy po swojemu i płacimy. Bo czyż nie jesteśmy mistrzami w płaceniu za własne błędy? Cóż, przynajmniej Unia będzie miała na nowe meble biurowe.
Na deser – smutna wiadomość o śmierci Giorgio Armaniego. Moda traci ikonę, a my tracimy człowieka, który potrafił sprawić, że marynarka była czymś więcej niż tylko ubraniem. Pytanie retoryczne: kto teraz ubierze naszych polityków, skoro Armani już nie żyje? Bo przecież oni sami z siebie wyglądają, jakby uciekli z planu teleturnieju „Idź na całość”.
Podsumowując: czwartek dał nam miks farsy i tragedii. Nawrocki w Białym Domu, Biedroń w roli komika, TSUE jako nauczyciel z linijką i Armani, który po prostu wyszedł z pokoju, zostawiając nas w naszych kiepskich garniturach. Polska polityka – czyli stand-up, do którego nikt nie napisał dowcipów, a wszyscy próbują być śmieszni.

Dodaj komentarz