Szklane domy, cła i okopy: poniedziałek w krainie podwójnych standardów

Warszawa

Zaczynamy tydzień z tą samą nieśmiertelną scenografią: PiS wciąż gra na flecie chaosu, próbując zagłuszyć wszystko, co pachnie Unią Europejską, Donaldem Tuskiem albo choćby elementarną logiką.

Prezydent Duda, bohater politycznego spin-offu, próbuje udawać męża stanu, a jego potencjalny następca z zamiłowaniem do środowisk kibolskich, rekonstrukcji historycznych i broszur IPN-u, szykuje się na chwilę, kiedy zasiądzie w fotelu z orłem.

Tymczasem Konfederacja wspólnie z Robertem Bąkiewiczem i politykami PiS patroluje granice, walcząc z wyimaginowanymi hordami migrantów, a Hołownia prowadzi nocne rozmowy z Kaczyńskim, jakby brał udział w politycznym reality show.

Polska 2025 – Kafka z domieszką kabaretu i benzyny.

Na arenie międzynarodowej też nie brakuje atrakcji. Ursula von der Leyen biega między ambasadorami państw członkowskich UE, próbując uratować resztki europejskiego honoru przed kolejną falą ceł Donalda Trumpa.

Ten ostatni, jak zwykle nieprzewidywalny, grozi Unii 50-procentowymi cłami na wszystkie towary eksportowe, jeśli do 9 lipca nie zostanie podpisana „tymczasowa” umowa handlowa. W zamian oferuje… 10-procentowe cło. Tak, łaskawie tylko dziesięć. Europa się ugina, bo co ma robić – przywódcy unijni próbują negocjować ulgi dla motoryzacji, stali i innych branż, które jeszcze nie zbankrutowały.

Negocjacje przypominają zabawę w trzy kubki: Trump rzuca daty, zmienia warunki i grozi taryfami, jednocześnie sugerując, że może „wydłużyć lub skrócić” termin, „jak mu się podoba”. Jego zespół negocjacyjny przypomina ekipę z filmu o Wall Street – szybcy, pewni siebie i kompletnie bez kompetencji wykonawczych.

Niektóre kraje – jak Japonia – próbują dogadać się tygodniami, tylko po to, by dowiedzieć się z Twittera, że będą musiały płacić 35% cła na ryż.

Trump nie handluje – on performuje. Umowy mają być tymczasowe, niepełne, niewiążące, ale za to medialne. Ma być dramatyzm, napięcie i triumfalna konferencja prasowa z przemówieniem o „zaszczycie robienia interesów z Ameryką”. A potem, w razie potrzeby, nowe cła „za fentanyl” albo „za cyfrowe usługi”, albo po prostu „bo mogę”.

Witajcie w polityce zagranicznej jako stand-upie.

Tymczasem na Bliskim Wschodzie wraca stary scenariusz: Izrael bombarduje, Hamas odpowiada, Hezbollah grozi, a cywile giną. 130 celów, 38 ofiar, i Benjamin Netanjahu znowu wsiada w samolot do Waszyngtonu, żeby negocjować „zawieszenie broni”. W teorii. W praktyce – znów chodzi o to, żeby wyglądać na rozsądnego partnera, kiedy lecą bomby. Hamas mówi, że jest gotów na rozmowy, ale z zastrzeżeniami. Izrael stwierdza, że propozycje są „nie do przyjęcia”. Czyli wszystko po staremu: wymiana ognia, wymiana delegacji, wymiana oświadczeń. Tragedia trwa, a wszyscy udają, że robią, co mogą.

Na froncie wschodnim Ukraina usiłuje utrzymać linię obrony, która ma 1200 kilometrów, za pomocą coraz mniejszych oddziałów i coraz większej desperacji. Rosja porzuciła widowiskowe ataki czołgami – teraz preferuje małe jednostki wsparte dronami, które punktowo rozbrajają obronę. Ukraińcy budują nowe umocnienia – krótsze, mniej widoczne, lepiej chronione przed dronami. Ale nawet najlepszy beton nie pomoże, jeśli nie ma komu go bronić.

Chaos organizacyjny na północnym wschodzie Ukrainy jest już niemal legendarny. Władze lokalne, wojsko i różne agencje kopią rowy gdzie popadnie, często zostawiając zęby smoka na łąkach, a dziury w lasach. Siatki przeciw dronom montowano dopiero wtedy, gdy Rosjanie już atakowali. Żołnierze biją na alarm: „daliśmy wam czas, a wy go zmarnowaliście”.

W czerwcu Rosjanie zdobyli 500 km² – największy postęp od miesięcy. To nie tylko statystyka. To realne przesuwanie linii frontu. Ukraina się broni, ale brakuje ludzi, sprzętu, koordynacji. Władimir Putin może nie zorganizował blitzkriegu, ale prowadzi coś znacznie groźniejszego – niekończący się, wyczerpujący test odporności Zachodu. A Zachód? Zachód liczy na to, że Trump nie będzie miał czasu na Ukrainę, bo zajmie się cłami.

Trump zresztą sam nie wie, czy zakończy wojnę. „Nie wiem” – powiedział. To oficjalna deklaracja polityki bezpieczeństwa jedynego mocarstwa globalnego. Rozmawiał z Putinem. Bez skutku. Z Zełenskim – bardziej „owocnie”. Cóż, owoc może być zgniły, ale przynajmniej wygląda na dojrzały.

Więc jak tam, poniedziałku? Gotowy na kolejną rundę absurdu, geopolitycznych szantaży i krajowych teatrzyków? Spokojnie, dopiero lipiec. Przed nami jeszcze cały sezon na głupotę.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights