ŚWIĘTY FLORIAN I NARODOWY PROGRAM PRZYCIĄGANIA RELIKWII STRATEGICZNYCH

Warszawa

Wiosna przyszła do Polski jak zawsze trochę spóźniona, trochę zmęczona i trochę nieprzekonana, czy w ogóle warto się starać, skoro i tak zostanie natychmiast wciągnięta w jakąś narodową dyskusję o tym, czy jest wystarczająco polska, wystarczająco tradycyjna i czy przypadkiem nie została sfinansowana z zagranicy, a wraz z nią wraca ta stara, niepokojąco aktualna historia o świętych, którzy – wbrew naszym romantycznym wyobrażeniom – wcale nie palili się do tego, żeby mieć z Polską cokolwiek wspólnego.

Bo oto w tej scenie, która powinna być podniosła, symboliczna i lekko kadzidlana, dzieje się rzecz absolutnie nieprzyzwoicie ludzka: święty Wawrzyniec odwraca głowę, święty Szczepan również odwraca głowę, papież patrzy na polską delegację z miną człowieka, który właśnie próbował sprzedać luksusowy apartament, a usłyszał, że klient woli zostać w piwnicy, i nagle okazuje się, że cała ta opowieść o wielkości, misji i przeznaczeniu zaczyna się od bardzo prostego komunikatu – nikt tu nie chce przyjechać.

I wtedy pojawia się Florian, który wyciąga rękę z grobu i deklaruje, że jednak chce, co w średniowieczu uchodziło za cud, a dziś zostałoby natychmiast potraktowane jako wydarzenie medialne, rozpisane na analizę, komentarze i gorące paski, w których eksperci od wszystkiego tłumaczyliby, co dokładnie oznacza ten gest, kto na nim zyska, a kto powinien się go obawiać.

Bo Polska, jak się okazuje, nie zmieniła się aż tak bardzo, jak lubimy myśleć, tylko zmieniła narzędzia, a mechanizmy pozostały te same, tyle że zamiast relikwii mamy narracje, zamiast cudów mamy przekazy dnia, a zamiast świętych mamy polityków, którzy z równym zapałem walczą o to, żeby ktoś ich wreszcie zauważył albo – co w polskich warunkach bywa jeszcze ważniejsze – żeby ktoś przestał ich ignorować.

I trudno nie widzieć w tej historii bardzo współczesnego obrazu sceny politycznej, na której jedni odwracają głowy z godnością, inni z premedytacją udają, że nic się nie dzieje, a jeszcze inni wyciągają ręce w geście, który jednocześnie jest prośbą, deklaracją i ostrzeżeniem, że jeśli nie zostaną zauważeni, to zaczną istnieć obok, co w Polsce jest najgroźniejszą z możliwych form istnienia, bo „obok” zawsze oznacza „za chwilę zamiast”.

Wystarczy przypomnieć sobie niedawną scenę, w której na konferencji prasowej mówi się o pieniądzach, o przyszłości, o konieczności mobilizacji, o tym, że bez środków nie da się wygrać, a za plecami stoi człowiek, o którym wszyscy wiedzą, że właśnie rozpoczął własną grę, i nikt – absolutnie nikt – nie uznaje za stosowne, żeby choćby jednym zdaniem się do niego odnieść, jakby milczenie było bardziej dobitne niż jakakolwiek krytyka.

To już nie jest elegancja ani powściągliwość, tylko bardzo precyzyjny komunikat, że w tej opowieści ktoś został wykreślony, przynajmniej na chwilę, przynajmniej w tej konkretnej narracji, a w polskiej polityce brak istnienia jest karą bardziej dotkliwą niż otwarty konflikt, bo konflikt daje widoczność, a brak reakcji skazuje na powolne rozmycie się w tle.

W odpowiedzi pojawia się klasyczny mechanizm, który znamy z historii męczenników: skoro nie chcą mnie widzieć, stanę na środku i zmuszę ich, żeby patrzyli, nawet jeśli będzie to spojrzenie pełne niechęci, podejrzeń i ukrytej irytacji, która z czasem przeradza się w otwartą wrogość, bo w Polsce każdy ruch „obok” natychmiast zostaje uznany za próbę rozbicia jedności, zdradę, herezję albo co najmniej niebezpieczne eksperymentowanie z lojalnością.

I wtedy zaczyna się spektakl, który Rzymianie rozpoznaliby bez trudu, tylko że zamiast areny mamy studia telewizyjne, zamiast lwów mamy komentarze, a zamiast wyroków mamy przecieki, sugestie i półoficjalne komunikaty, które działają dokładnie tak samo skutecznie jak kiedyś cesarskie edykty, tylko są bardziej elegancko opakowane.

Ktoś mówi o zdradzie, ktoś inny o niezrozumieniu, ktoś jeszcze o konieczności zachowania jedności, a w tle krąży to charakterystyczne napięcie, które jeden z uczestników nazwał wprost wojną nerwów, i trudno o lepsze określenie, bo nie chodzi tu o programy, idee czy wizje państwa, tylko o kontrolę, wpływ i to, kto będzie miał prawo opowiadać historię jako pierwszy.

W tej atmosferze każdy zaczyna odgrywać swoją rolę męczennika, bo męczeństwo w polskiej polityce nie jest już doświadczeniem granicznym, tylko strategią komunikacyjną, sposobem na zbudowanie wiarygodności i przyciągnięcie uwagi, a cierpienie – nawet jeśli jest wyłącznie retoryczne – staje się walutą, którą można wymieniać na poparcie, lojalność i miejsce w kolejnej odsłonie spektaklu.

I nagle okazuje się, że historia o ludziach rzucanych lwom, palonych na stosach i zamęczanych w kopalniach ma swoją współczesną, groteskową wersję, w której nikt nie ginie naprawdę, ale wszyscy mówią tak, jakby właśnie przechodzili przez największą próbę swojego życia, a publiczność zaczyna się gubić, kto jest ofiarą, kto katem, a kto tylko dobrze zagrał swoją rolę.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest jednak to, że tak jak kiedyś relikwie były przedmiotem handlu, kradzieży i niekończących się sporów o autentyczność, tak dziś relikwiami stały się fragmenty wypowiedzi, wyrwane z kontekstu zdania, nagrania i zdjęcia, które krążą w obiegu publicznym jako dowody, symbole i narzędzia walki, a każdy kolejny „dowód” ma potwierdzać, że to właśnie nasza wersja wydarzeń jest jedyną prawdziwą.

Święty Florian, który kiedyś po prostu wyciągnął rękę i powiedział, że chce do Polski, w dzisiejszych realiach musiałby najpierw przejść przez serię analiz, sprawdzeń i komentarzy, w których zastanawiano by się, kto stoi za jego decyzją, jakie ma zaplecze, czy jego gest nie jest inspirowany i czy przypadkiem nie wpisuje się w szerszą strategię destabilizacji.

A zanim dotarłby do Krakowa, ktoś opublikowałby sondaż, z którego wynikałoby, że część społeczeństwa mu ufa, część nie ufa, a reszta nie ma zdania, co w Polsce jest stanem najbardziej stabilnym, bo pozwala każdej stronie twierdzić, że to ona ma rację.

I może właśnie dlatego ta historia jest tak niepokojąco aktualna, bo pokazuje, że zmieniły się dekoracje, zmienił się język, zmieniły się narzędzia, ale logika pozostała ta sama: zawsze znajdzie się ktoś, kto nie chce przyjść, ktoś, kto odwróci głowę, i ktoś, kto wyciągnie rękę, licząc na to, że tym razem zostanie zauważony.

A potem zacznie się dyskusja. Długa. Poważna. I całkowicie nie do zakończenia.

Bo w Polsce nawet cud nie kończy sporu. On go dopiero zaczyna.

Jeżeli jednak ktoś wciąż ma wątpliwości, czy to tylko literacka metafora, czy już opis rzeczywistości, wystarczy doprecyzować nazwiska i zdarzenia, bo wtedy cała ta opowieść przestaje być elegancką przypowieścią, a zaczyna przypominać stenogram z życia politycznego, tylko bardziej szczery niż to, co pada oficjalnie.

W tej konkretnej scenie, o której wszyscy pamiętają, a nikt nie chce jej nazwać wprost, za mównicą stoi Jarosław Kaczyński i mówi o pieniądzach, o konieczności wsparcia partii, o tym, że „każda wpłata się liczy”, co samo w sobie brzmi jak kazanie wygłoszone do wiernych, którzy mają obowiązek utrzymać instytucję, nawet jeśli nie do końca wiedzą, na co dokładnie idą ich składki, a tuż za nim stoi Mateusz Morawiecki, który dzień wcześniej ogłosił powstanie własnego stowarzyszenia i który – przynajmniej w teorii – nadal jest jednym z najważniejszych ludzi w tym obozie.

I nic. Nie ma nawet pół zdania. Nie ma ironicznego uśmiechu. Nie ma aluzji. Jest cisza, która w polskiej polityce działa jak wyrok, bo oznacza nie tyle brak reakcji, ile decyzję o tym, że ktoś zostaje na chwilę wyjęty z opowieści, jakby przestał być jej częścią.

W odpowiedzi Morawiecki robi dokładnie to, co robią wszyscy politycy, którzy czują, że grunt zaczyna się pod nimi przesuwać, tylko robi to w sposób wyjątkowo elegancko opakowany: nie odchodzi, nie zakłada partii, nie ogłasza buntu, tylko tworzy stowarzyszenie, które ma być „drugim płucem”, „uzupełnieniem”, „platformą ekspercką”, czyli wszystkim, czym w polskiej polityce nazywa się projekt, który ma potencjał stać się alternatywą.

I natychmiast pojawiają się reakcje, które są tak przewidywalne, że aż pocieszające w swojej powtarzalności: Przemysław Czarnek pisze o zdradzie, choć nie używa nazwiska, Mariusz Błaszczak mówi o dezintegracji środowiska, Rafał Bochenek ostrzega, że takie inicjatywy są szkodliwe, a z zaplecza płyną informacje, że „prezes jest niezadowolony”, „prezes nie dawał zgody”, „prezes nie był informowany”, co w praktyce oznacza jedno – ktoś naruszył niewidzialną granicę, której istnienia nikt nie potwierdza, ale wszyscy się jej boją.

Z drugiej strony słyszymy głosy ludzi Morawieckiego, którzy mówią o 40 posłach, o planach dojścia do 60 albo 70, o „sygnałach z terenu”, o tym, że „się nie cofną”, co brzmi jak zapowiedź ofensywy, tylko ubranej w język spokojnej pracy i odpowiedzialności, bo w polskiej polityce najostrzejsze ruchy zawsze opakowuje się w najbardziej niewinne słowa.

W tle pojawia się jeszcze jeden wątek, znacznie mniej metafizyczny, a znacznie bardziej przyziemny, czyli śledztwo dotyczące Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych i sugestie, że tempo działania Morawieckiego może mieć związek z tym, że ktoś gdzieś zaczyna zadawać niewygodne pytania, co sprawia, że cała historia przestaje być tylko walką o wpływy, a zaczyna przypominać klasyczną ucieczkę do przodu.

A gdzieś z boku tej całej opowieści stoi Donald Tusk i patrzy na to wszystko z miną człowieka, który nie musi nic robić, bo przeciwnicy wykonują za niego większość pracy, rozbijając się o własne ambicje, własne strategie i własne wizje tego, jak powinna wyglądać przyszłość, która – co szczególnie ironiczne – w każdej z tych wersji ma być wspólna.

I wtedy nagle historia świętego Floriana przestaje być tylko anegdotą o cudzie, a zaczyna wyglądać jak instrukcja obsługi polskiej polityki, w której zawsze znajdzie się ktoś, kto nie chce, ktoś, kto odwróci głowę, i ktoś, kto powie, że jednak chce, nawet jeśli wszyscy wokół będą udawać, że tego nie słyszą.

Bo ostatecznie w tej całej historii nie chodzi o relikwie, świętość ani nawet o władzę, tylko o coś znacznie prostszego i znacznie bardziej ludzkiego – o to, kto zostanie zauważony, kto zostanie pominięty i kto zdoła przekonać innych, że to właśnie jego ręka, wyciągnięta z grobu albo zza pleców lidera, jest tą jedyną, na którą warto zwrócić uwagę.

A reszta, jak zawsze, będzie tylko komentarzem. Długim. Nerwowym. I absolutnie niekończącym się.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights