
(felieton ku przestrodze i uciesze ludu bożego i niebożego)
Oto Polska – kraj, w którym Bóg nadal istnieje, ale najwyraźniej przeniósł się na emeryturę. Być może do Toskanii. Tymczasem Episkopat wciąż uparcie udaje, że prowadzi dialog z narodem, który już dawno opuścił grupkę na Messengerze. Tak wygląda współczesny katolicyzm w Polsce: festiwal złudzeń z dominującą rolą duchownych grających do pustych ławek.
W tym teatrze absurdu scenariusz pisze historia, ale reżyserem pozostaje biskup. A raczej cała chmara biskupów, jak zły omen nad płonącym ogniskiem zdroworozsądkowości. Oni wciąż marzą o złotych czasach, kiedy lud klękał nie tylko z bojaźni Bożej, ale też z podatkowego obowiązku. Tymczasem dzisiejszy lud woli scrollować TikToka, niż słuchać księdza, który udaje, że rozumie młodzież, bo raz w życiu widział „Euforię”.
Z danych CBOS-u wynika, że katolicyzm w Polsce ma coraz więcej wspólnego z piątkowym postanowieniem o siłowni – deklaruje się dużo, praktykuje mało, a najbardziej przekonani są ci, którzy w ogóle tam nie zaglądają. Udział w niedzielnej mszy spadł poniżej 30%. To nie jest kryzys – to wielki exodus. Kościół już nie tyle „traci młodych”, co został przez nich zghostowany.
Mimo to politycy wciąż próbują lepić z katolickiego gluta fundament narodowego ładu. Minister edukacji Barbara Nowacka nieśmiało porządkuje lekcyjne stajnie Augiasza, zmieniając religię z obowiązkowego spektaklu na opcjonalny dodatek. Reakcja Kościoła? Histeria godna opery mydlanej: “Dyskryminacja! Sekularyzacyjny holokaust! Nie liczą się z nami!”. Tak, księże biskupie, społeczeństwo najwyraźniej rzeczywiście przestało się liczyć. Z wami.
Z raportów kościelnych wynika, że coraz mniej ludzi nie tylko przychodzi do kościoła, ale też chce w nim cokolwiek robić. Liczba powołań do seminariów spada szybciej niż wiara w czystość duchowieństwa. W niektórych miastach nie wyświęcono nikogo. Czyżby Duch Święty zawiesił działalność rekrutacyjną?
Nie lepiej jest w szkołach. Statystyki są bezlitosne jak matematyka w klasie humanistycznej. W liceach religia to przedmiot, który wybiera już tylko desperat, ofiara presji rodzinnej albo ktoś, kto się jeszcze nie dowiedział, że można zrezygnować. Młodzież głosuje nogami – opuszcza lekcje, bo doskonale wyczuwa, że liturgiczna agenda to nie wychowanie, lecz polityczna prolongata epoki PRL, tylko zamiast Bieruta – Bierzmowanie.
Tymczasem biskupi, jak stare węże z bajki La Fontaine’a, wiją się w liście pasterskim, próbując sprzedać ubogim w duchu ideę, że jedna godzina religii tygodniowo mniej to zapowiedź Apokalipsy. Straszą „prawem”, powołują się na Trybunał Konstytucyjny, który obecnie działa na zasadzie „co prezes powie, to się stanie”, i snują dramatyczne opowieści o prześladowaniach. Trudno nie zauważyć, że biskupie łzy to krokodyle żale na tle złotej ramy funduszy z budżetu państwa.
A skoro już przy pieniądzach jesteśmy – warto rzucić okiem na kościelne beneficja, czyli magiczne grunty, które przez wieki pojawiały się w rękach duchownych jak grzyby po deszczu. Tyle że nikt do końca nie wie, ile tych grzybów zebrano, ani gdzie dokładnie są. Bo przecież – jak wynika z badań historyków – Kościół nigdy nie prowadził dokładnej księgowości. Czysta wiara w czysty zysk. I czyste sumienie – przynajmniej w deklaracjach.
Beneficjum miało być zapłatą za konkretną usługę: duszpasterstwo, opiekę nad ubogimi, prowadzenie szkół. Dziś beneficja wracają do Kościoła, ale szkół jakby mniej, a ubodzy znowu muszą liczyć na Owsiaka. Wygląda na to, że umowa była wiązana, ale tylko w jedną stronę. Duchowni dostali majątek, ale obowiązki odkleili jak winietę z szyby po kontroli drogowej.
I tak, zamiast rachunku sumienia, przydałby się Kościołowi rachunek zysków i strat. Społeczny, finansowy i duchowy. Bo jak długo można być instytucją, która chce mieć władzę, wpływy, pieniądze, ale żadnej odpowiedzialności? Jak długo można być strażnikiem moralności, samemu łamiąc zasady z taką gracją, jakby to były suche opłatki?
Jeśli wiara to relacja, to Kościół stał się typem byłego partnera, który wysyła pass-aggro SMS-y w stylu „No nie piszesz, to znaczy że ci nie zależy”, jednocześnie nie zauważając, że druga strona dawno już zablokowała numer.
Na koniec można by się pokusić o jakąś konstruktywną radę dla duchowieństwa, ale cóż – skoro według nich każdy, kto nie jest z nimi, to wróg, to może najlepiej nie przeszkadzać im w dalszym kruszeniu własnego ołtarza. Pobożność w Polsce nie umiera – po prostu przestała znosić kadzidło.
Amen i scroll dalej.

Dodaj komentarz