ŚWIĘTA, CZYLI NARODZINY PANIKI

Warszawa

Grudzień jest jak kiepska komedia romantyczna z Netflixa — wszyscy wiedzieli, jak to się skończy, ale i tak oglądają z nadzieją, że może tym razem będzie lepiej. Spoiler: nie będzie. Wigilia nie uratuje demokracji, choinka nie wyczyści sumienia, a Kevin sam w domu nie odda nam klimatu lat dziewięćdziesiątych, choćby go emitować w pętli jak obietnice wyborcze.

Zakupy trwają. W Lidlu, w Biedronce, w Żabce, w duszy. Ludzie pakują ból, przemilczenia i puste miejsca do reklamówek z reniferem. Promocja na zapomnienie: trzy żałoby w cenie jednej radości. W tle „Last Christmas” i „Jingle Bells” brzmią jak obelga. Ktoś gdzieś jeszcze wierzy, że prezent przykryje stratę, że pierogi z kapustą zaklepią samotność. Błogosławieni, którzy nie rozumieją, bo ich serca są jeszcze całe.

Polska jedzie. Z Niemiec, z Holandii, z Anglii, z Irlandii. Wracamy, bo matka chciała, ojciec nie pytał. Wracamy jak do ołtarza, który już dawno przestał być święty, ale nadal jest obowiązkowy. Samoloty spóźnione, pociągi zatłoczone, serca zacinają się w pasie drogowym.

Jest 2025. Ukraina nadal się broni, Putin nadal morduje, a Trump znów się wymądrza głupio, bo ma tyle wstydu co karp w galarecie. Na granicy strefy Gazy dzieci śpiewają kolędy z dymem w tle. Europa świeci lampkami LED, bo świat jest zmęczony. Świat się wypalił, ale w galeriach handlowych nadal jasno. Papierowe gwiazdy przysłaniają prawdziwe kryzysy.

W Polsce Premier z miną świętego Mikołaja po rozwodzie, rozdaje normalność. Tuska można lubić lub nie, ale po latach PiS-u każdy, kto nie przyszedł z pochodnią i rozkazem z Nowogrodzkiej, brzmi jak nadzieja. A nadzieja — ta stara dziwka polityki — znowu w modzie. Nawrocki z kolei robi wszystko, by IPN zamienić w Instytut Pamięci Nienawiści, a Cenckiewicz już pisze nową Biblię smoleńską.

Z drugiej strony sceny Bosak kłania się konfederacyjnie jak kelner, który przynosi rachunek za lata nienawiści. Braun — wiadomo. Chodząca teoria spiskowa z brodą. Mentzen — ekonomiczny kaznodzieja z TikToka. Wszyscy oni składają świąteczne życzenia, od których psuje się makowiec.

Lewica jak zawsze pakuje idee do pudełek po butach, Zandberg pozuje z wegańskim karpiem i cytatem z Marksa. Kosiniak-Kamysz znów nie wie, czy jest opłatkiem, czy makowcem. PSL od zawsze nadaje się bardziej do pasterki na wsi niż do polityki krajowej. Ale grają, bo inaczej nikt by ich nie zaprosił na Wigilię.

A my? My jedziemy. Jedziemy dziewięćdziesiątką przez autostradę życia, gdzie każda stacja benzynowa pachnie kawą i stratą. Każde „wesołych” to kolejne przypomnienie, że nie wszystko wróci. Bo Święta to także opłatek dla tych, którzy już nie przyjdą. Krzesło dla nieobecnych staje się codziennością. Przyszliśmy z pustką w torbie i nadzieją w papierze ozdobnym.

Może te Święta będą inne. Może ktoś się uśmiechnie, zanim znowu zacznie się bać. Może znów uwierzymy w ludzi, zanim włączymy wiadomości. Może niektórzy pojadą dziewięćdziesiątką, bo to jedyna prędkość, jaką pozwala im serce.

Może to wszystko ma sens. A może po prostu trzeba przeżyć grudzień, żeby znów mieć styczeń.

Do zobaczenia przy stole. Lub przy oknie, patrząc na światła, które nie są nasze.

Wesołych — choćby przez łzy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights