ŚWIAT W TRYBIE WOJNY, POLSKA W TRYBIE NERWICY

Warszawa

W Toronto jest czternasta, światło wpada przez okno jakby chciało udawać, że rzeczywistość ma jeszcze sens. Ale to tylko złudzenie. W Polsce zapada wieczór, ciężki, gęsty, jakby ktoś wylał na kraj pół garnka bigosu i przykrył go pokrywką. A w tym dusznym powietrzu zawisła informacja, że Bliski Wschód znów zmienił się w poligon, na którym historia uparcie powtarza swoje najgorsze rozdziały.

W Teheranie odgłosy eksplozji niosą się po dachach jak żałobne hejnały. W Dubaju turyści siedzą w hotelach jak chomiki, które nagle dowiedziały się, że ich klatka stoi na polu minowym. Bejrut płonie, a Emiraty drżą pod uderzeniami rakiet, podczas gdy Arabia Saudyjska zestrzeliwuje drony z gracją kelnera, który przez dwadzieścia lat odganiał muchy od rosołu.

A w samym środku tego spektaklu stoi Donald Trump, z fryzurą niezmiennie odporną na prawa fizyki. Ogłasza światu, że Iran ma się poddać natychmiast i kompletnie. Mówi to tonem człowieka, który zamawia stek w restauracji i nie rozumie, czemu kelner nie przynosi go w ciągu czterech sekund. Amerykański prezydent zachowuje się tak, jakby wojna była odcinkiem reality show, a świat miał obowiązek reagować brawami.

I gdyby to zależało tylko od niego, pewnie już ogłaszałby zwycięstwo, choć jeszcze nie wystrzelono wszystkich pocisków. Świat słucha go z tym charakterystycznym grymasem, który pojawia się na twarzy, gdy sąsiad z góry opowiada o tym, że rozmawia z aniołami przez grzejnik.

Tymczasem Iran udowadnia, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Rakiety lecą w stronę Tel Awiwu, drony spadają na cele w ZEA, a Izrael odpowiada tak, jak zawsze: szybko, głośno i tak, żeby pół regionu poczuło, kto tu rządzi.

Europa tradycyjnie apeluje o spokój. Nikt tego nie słucha, ale apel jest – a to w Brukseli uchodzi za działanie. Macron wydaje oświadczenia z powagą chirurga, któremu zabrakło rękawiczek, ale operację przeprowadzić trzeba. Niemcy patrzą na mapę i udają, że nie mają nic wspólnego z globalną polityką, choć ich gospodarka trzęsie się od każdego wybuchu w Zatoce.

A Polska? Polska tymczasem gra swoją własną komedię polityczną, której nie powstydziłby się ani Bareja, ani nawet Szekspir po trzech kieliszkach.

MSZ organizuje ewakuację z Dubaju. Część turystów myśli, że SMS-y o wojnie to spam, w którym ktoś próbuje im sprzedać kryptowaluty. Biura podróży mówią, że zwrotów nie będzie, bo przecież plaża nadal jest, a to, że w powietrzu latają drony – cóż, pogoda bywa kapryśna.

W tym samym czasie polska scena polityczna robi wszystko, żeby nie zostać w tyle za globalnym chaosem. PiS szykuje wielką konwencję w Krakowie, gdzie Jarosław Kaczyński spróbuje wskrzesić partię, która od miesięcy przypomina mamuta znalezionego w wiecznej zmarzlinie – niby stoi, niby istnieje, ale tylko dlatego, że leży.

Dwóch kandydatów na „premiera przyszłości” walczy o przychylność wodza – Lucjusz Nadbereżny, którego imię brzmi jak rzymski centurion, i Przemysław Czarnek, który od lat próbuje wprowadzić do szkół program nauczania cofający cywilizację o dwa wieki.

A z boku stoi Mateusz Morawiecki, polityk odstawiony, wiecznie zdeterminowany, wiecznie przekonany, że jeśli wygłosi jeszcze jedno przemówienie o gospodarce, to historia nagle przyzna mu rację. Organizuje własną imprezę, na której przedstawia „wizję rozwoju”, choć jedyne, co rzeczywiście rozwija, to dystans między nim a Kaczyńskim.

PSL? Ten jest jak ten wujek z wesela, który pojawia się na zdjęciach, choć nikt go nie zapraszał, i próbuje wszystkim wmówić, że bez niego impreza nie miałaby sensu. Kosiniak-Kamysz coś mówi, coś sugeruje, coś komentuje – ale w tym politycznym bałaganie brzmi to jak szept w próżni.

A na drugim końcu tej sceny siedzi Karol Nawrocki, który wierzy, że rządzi tak, jak rządzi się średniowiecznym grodem – twardą ręką, wielkimi słowami i kompletnym oderwaniem od rzeczywistości. Człowiek o ambicjach większych niż mapa Polski i o wyczuciu mniejszym niż polityka Przemysława Czarnka.

I tak toczy się ten dzień: świat bombarduje, Polska dyskutuje, Tusk stabilizuje, PiS szarpie się sam ze sobą, a MSZ broni turystów w Dubaju jak matka dzieci na placu zabaw, który nagle zmienił się w poligon.

A ja, patrząc na to wszystko z Toronto, widzę jedną wspólną metaforę: świat wygląda jak człowiek o szóstej rano. Półprzytomny, przerażony, z oczami jak śliwki po wczorajszej burdzie, ale zmuszony do działania, bo dzień sam się nie przeżyje.

I być może w tym jedynym punkcie jesteśmy dziś wszyscy równi – od Teheranu po Kraków, od Waszyngtonu po Warszawę. Świat się chwieje, ale obowiązki stoją przy łóżku i mówią: wstawaj, musisz dalej trzymać się pionu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights