ŚWIAT SIĘ NIE ZMIENIA — ROSJA PO PROSTU POZOSTAJE SOBĄ

Warszawa

Rzecznik Kremla ostatnio znowu zabrał głos – bo jakże by inaczej, skoro propagandyści muszą być zajęci czymś więcej niż testowaniem filtrów w WAŻNYM przemówieniu Putina. Pieskow stwierdził, że Polska i państwa bałtyckie mają „deficyt przyjaznych uczuć” wobec Rosji i z jakiegoś powodu NIE chcą być jej najlepszymi kumplami. Tłumaczy to tym, że Polacy się boją i demonizują Rosję, a to jest… błąd? No cóż, to taka nowa rosyjska logika: boimy się czołgów, więc to one są straszne.

I tu zaczyna się ta nasza krótka lekcja historii, którą rosyjskie biuro propagandy najwyraźniej przegapiło.

Bo Rosja nie tylko „ma problemy” z Polską. To Polska ma powody, żeby z Rosją nie chcieć przyjaźnić się na piknikach, grillach i rodzinnych spacerach po Krakowskim Przedmieściu.

Od początku XX wieku Rosja udawała różne rzeczy: od rewolucji Lenina, który katapultował czerwony terror i wojnę domową jako narzędzia państwowe, po Stalina, który najpierw rozstrzelał polską elitę w Katyniu i Charkowie — na jego rozkaz — a potem przez lata zaprzeczał temu jak dziecko zaprzecza smarkaniu w rękaw.

Potem mieliśmy Chruszczowa, który z pistoletem pod marynarką bawił się w zimną wojnę, wysyłając tanki, by zdusić wolność w krajach, które marzyły o demokracji. Pamiętasz Węgry 1956? Gdzie sowieckie czołgi rozjechały rewolucję prozachodnią, jak buldożer jesienne liście?

A potem nadszedł Breżniew, który z uśmiechem imperatora patrzył, jak Polska i inne kraje traktują suwerenność jak ozdobę świąteczną — i wkładał cały Pakt Warszawski tam, gdzie kręgosłup moralny nie musiał ich prosić o pozwolenie.

Gorbaczow? Ten model współczucia skończył się, gdy po rozpadzie ZSRR przekazał pałeczkę Jelcynowi, który próbował być słoneczkiem w rosyjskiej polityce, ale okazał się plisowanym krawatem demokracji.

A co z carami i carycami? Historia monarchicznej Rosji już od Piotra Wielkiego i Katarzyny nie miała w planach „miłych relacji z sąsiadami”. Imperium Rosyjskie zdobywało ziemie, narzucało język, kulturę, poddaństwo — a gdy ktoś się nie zgadzał, to płacił krwią.

To nie jest tylko „strach Polaków przed Rosją”. To nagromadzona pamięć historyczna, gdzie każde pokolenie Polaków słyszało od dziadków, rodziców albo wyczytało w podręcznikach: „Rosja przyszła i zabrała”. I zazwyczaj dokładnie to robiła: najpierw granice, potem wolności, a czasem nawet życie.

I mimo tych wszystkich faktów, mimo Katynia, Charkowa, Sybiru i 123 lat zaborów, nadal w Polsce są politycy, którzy patrzą na Kreml z rozczuleniem jak dzieci na babcine pierogi. Jarosław Kaczyński, niegdyś wyrażał się o Rosji ciepło, a w pamiętnym nagraniu z 2005 roku wysyłał serdeczne pozdrowienia „braciom Rosjanom”. Cóż, bracia braciom, ale tylko jeśli w rodzinie wszyscy noszą pałki i szukają pretekstu do zaboru.

Dziś Rosja wspiera wszelkiej maści nacjonalistów w Polsce – od Brauna po skrajne katotokibolskie grupki, które śnią o Wielkiej Lechii i słowiańskim sojuszu. Przelewa środki, szkolą ich ideologicznie, a jak trzeba, to „pomaga” trollami i botami, które sieją ferment w sieci. Polska scena polityczna to dla Rosji poligon – jednych skorumpować, innych wystawić, jeszcze innych skłócić. Rosja nasyła szpiegów, destabilizuje gospodarkę, rozgrywa media i wpływa na debatę publiczną. A my? Czasem zbyt długo zastanawiamy się, czy przypadkiem to nie przesada.

Dziś Ukraina płaci krwią – tysiące ludzi zginęły, miliony musiały uciekać. Rosja nie walczy z NATO. Rosja walczy z ideą wolności, z demokracją, z niepodległością. I Polska, jako sąsiad, powinna o tym wiedzieć najlepiej. Bo jesteśmy następni w kolejce, jeśli Zachód się potknie, jeśli Ukraina padnie, jeśli nasza czujność zostanie uśpiona przez kogoś, kto mówi, że „Rosję trzeba zrozumieć”.

Pieskow mówi, że Polska mogłaby się „wiele nauczyć od Rosji”. I tu się zgadzamy. Nauczyliśmy się, że nie wolno wam ufać.

I że jedyne, co Rosja potrafi budować konsekwentnie — to imperium strachu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights