


Gdy świat trzeszczy pod ciężarem konfliktów, szantaży i odklejonych prezydentów, Polska – jak na złość – nie zamierza być ani stabilna, ani rozsądna. Wręcz przeciwnie. U nas sobota to nie czas odpoczynku, tylko nowy rozdział w epopei o chaosie.
Zacznijmy od maślarzy, tej wyjątkowo tłustej frakcji PiS, która wciąż nie może się zdecydować, czy chce być radykalną prawicą, czy kabaretem objazdowym. Główną oś debaty wyznaczyło… masło. Niemieckie. Podane w samolocie LOT-u. Bo jak wiadomo, upadek cywilizacji zachodniej zaczyna się od niemieckiego masła w narodowej linii lotniczej. Czekam na interpelację: „Czy rząd planuje wprowadzenie Programu Masło+?”
Tymczasem Mateusz Morawiecki, nasz były premier i wieczny kandydat do wszystkiego, z hukiem wyszedł z partyjnego zebrania. Drzwi się zatrzęsły, partia nie. Bo w PiS-ie teraz liczy się kto? Czarnek, Sasin, Jaki, Bocheński – kremówka narodowej mądrości i politycznego infantylizmu. Kłócą się, kto ma być bardziej narodowy, bardziej katolicki i bardziej obrażony. W tle Ziobro – zniknął. Węgry. Może gdzieś z Rydzykiem, na duchowych wakacjach w klasztorze finansowanym z naszych pieniędzy.
Prezes Kaczyński nie wie, co z tym zrobić. Zamiast „krok w prawo” wyszedł mu „skok na główkę do pustego basenu”. Aż szkoda patrzeć, jak cała formacja stacza się szybciej niż polska kolej, której sabotażyści – według rządowej wersji – są wszędzie, tylko nie w zarządzie PKP.
W międzyczasie Karol Nawrocki dalej robi swoje. Czyli: blokuje awanse, wymyśla spiski, pisze ustawy na dykcie i domaga się od rządu, by traktował go jak poważnego gracza. Problem w tym, że Karol przypomina bardziej licealistę, który dostał dostęp do drukarki ustaw. I wszystko by było w porządku, gdyby nie to, że jego doradcą jest Cenckiewicz, a główną strategią – paranoja.
Cenckiewicz, ten wrażliwy znawca agenturalnych teorii, najchętniej otworzyłby IPN 2.0 z opcją prewencyjnego lustracyjnego egzorcyzmu. Wystarczy, że masz dziadka z Warszawy i poglądy centrowe, a już jesteś podejrzany. Ten człowiek od lat przekonany jest, że wokół niego czają się siły ciemności, a najpewniej kilku esbeków, którzy przeniknęli do struktur straży miejskiej.
A skoro o paranoi mowa, nie sposób nie wspomnieć o Trumpie. Król krzywej logiki, cesarz pogardy dla rozumu. Ogłosił, że przestrzeń powietrzna nad Wenezuelą ma być zamknięta – dla linii lotniczych, przemytników narkotyków i… handlarzy ludźmi. Miło, że wszystkich wrzucił do jednego worka. Na wszelki wypadek. Gdyby jeszcze dodał: „i dziennikarzy CNN”, byłoby idealnie.
Ten sam Trump, który wcześniej wręczył Putinowi wstępny pakiet kapitulacji Ukrainy – tak, tak, jego „28-punktowy plan pokojowy”, znany też jako „Przetłumaczone Rosyjskie Żądania 2.0”. W pakiecie: oddajcie Donbas, zapomnijcie o Krymie, przeproście i pocałujcie buty Ławrowa.
Ukraina, która codziennie walczy o przetrwanie, teraz musi dodatkowo walczyć z idiotycznymi planami Trumpa, podsłuchami, chaosem wewnętrznym i Putinem, który jak hiena szuka słabego momentu. Tylko że Ukraina wciąż się trzyma. A Rosja? Rozpada się. Ekonomicznie, społecznie, psychicznie. Ale Trump tego nie widzi, bo zapatrzony jest w swoje odbicie i w notowania w sondażu Fox News.
W Polsce za to Donald Tusk gra na chłodno. Zmuszony do ostrzeżeń pod adresem Orbána, który urządził sobie grilla u Putina – tłumacząc, że chodzi o energię, a nie zdradę Zachodu. Oczywiście. A Rydzyk też tylko buduje geotermię, nie imperium medialno-finansowe. Nikt już nie udaje, że Węgry to lojalny sojusznik. Węgry są dziś azjatyckim księstwem pod protektoratem Gazpromu. I tylko sentyment każe Polakom mówić: „Kiedyś to była przyjaźń…”
Na krajowym podwórku rząd Tuska wraca do formy. Żurek robi robotę, Berka słuchają nawet ci, którzy wcześniej wywracali oczami. Tusk rozumie, że sukces to nie kwestia PR-u, tylko spokoju. I tego teraz potrzebuje Polska: bez krzyku, bez prowokacji, bez pisowskiego karnawału paranoi.
Ale żeby się to udało, trzeba wytrzymać jeszcze kilka miesięcy z prezydentem, który myli Sejm z sektorem Żylety i planuje strategię państwa, jakby miał w rękach czteropak i race dymne. Trzymajmy się.
U naszych sąsiadów trwa polityczne trzęsienie ziemi. Andrij Jermak, prawa ręka Wołodymyra Zełenskiego, właśnie podał się do dymisji. Wstrząśnięty skandalem korupcyjnym, który wybuchł wokół państwowej spółki Enerhoatom, nie czekał na oczyszczenie – złożył rezygnację i ogłosił, że rusza na front. W tle: 100 milionów dolarów wyparowanych jak etyka z partii rządzącej na Węgrzech. Jermak nie sprecyzował, gdzie się uda, ale jego milczenie po emocjonalnym oświadczeniu mówi więcej niż całe expose.
Ukraińcy nie zwlekają. Delegacja z Kijowa już w drodze do Waszyngtonu. Na jej czele stanął Rustem Umierow, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego, który ma jeden cel: konkretnie i szybko przygotować plan zakończenia wojny. Ukraina współpracuje z USA w sposób maksymalnie konstruktywny, próbując na tle dramatycznych wydarzeń zachować twarz i kierunek. To państwo w stanie wojny, które mimo wewnętrznych problemów nie traci z oczu istoty sprawy: obrony swojego istnienia.
I właśnie w tym momencie spójrzmy na naszą scenę. Na dymisje z klasą tam – tu mamy tragikomedie z prezydentem, który myli prawo z własnym ego. Tam: próby dialogu i trudne decyzje. Tu: spory o to, kto kogo bardziej obrazi na Twitterze. Tam: wysiłek, by ratować kraj. Tu: wysiłek, by ogłosić, że nominacja oficerska to zamach stanu.
Z Ukrainy płynie sygnał – zmagamy się z piekłem, ale nie pozwolimy mu nas połknąć. Z Warszawy płynie sygnał – mamy grill, kiełbasę i rozdęte męskie ego. Świat stoi na krawędzi, a my udajemy, że nie widzimy przepaści. Bo przecież są ważniejsze rzeczy: żeby nie dać Tuskowi, żeby przypiąć ordery tylko tym, którzy nie patrzyli krzywo na Karola Nawrockiego.
To nie polityka. To groteska. To teatr jednego aktora i trzech marionetek. A tymczasem gdzieś tam, w realnym świecie, toczy się wojna – i ktoś, zamiast szukać alibi, pakuje się i jedzie na front. Tyle w temacie honoru.

Dodaj komentarz