STAROŚĆ, GŁUPOTA I ANDRUSZKIEWICZ: CZWARTKOWY FELIETON NA BOLĄCE MIEJSCA W MÓZGU

Warszawa

Starość to stan ducha, w którym człowiek ma już dość ludzi – szczególnie tych, którzy nigdy nie powinni byli opuścić przedszkola. A że nasza scena polityczna przypomina przedszkole dla dzieci z ADHD i niepohamowanym apetytem na publiczne pieniądze, starzenie się w Polsce to proces bolesny jak próchnica w duszy. Zmęczenie głupotą nie jest chwilową niedyspozycją. To choroba przewlekła, pogarszająca się przy każdym wystąpieniu Nawrockiego i każdej informacji, że Kaczyński nadal żyje, nadaje z kroplówką i nie zapomniał hasła do X.

Kiedy słyszę, że Jarosław Kaczyński znowu ogłasza, że „ręczne sterowanie prokuraturą” jest złe, bo jego pupil Adam Andruszkiewicz ma kłopoty przez podpisy sprzed 12 lat, mam ochotę zrezygnować z członkostwa w gatunku homo sapiens. Prokuratura, którą PiS prowadził na smyczy jak spaniela po manowcach, nagle okazuje się zbyt niezależna? A prezes broni swojego klona politycznego, który najwyraźniej myli zbieranie podpisów z zrywaniem grzybów: na chybił trafił, bez zgody i bez rozumu.

Na drugim biegunie mamy Karola Nawrockiego – bohatera narodowego w wersji kabaretowej. Prezydent, który swoją funkcję rozumie jako cosplay „Tuska po prawej stronie”, zwołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego, bo Czarzasty kiedyś zjadł placki ziemniaczane z Rosjaninem, a jego żona zna kobietę z Petersburga. I to nie byle jaką, bo pracującą w domu aukcyjnym powiązanym z bankiem, który jest powiązany z Rosją, która jest powiązana z Putinem, który kiedyś był pokazywany w TVP. Argumentacja godna mema z folią aluminiową i mapą powiązań sznurkiem.

Gdybyśmy mieli traktować poważnie wszystkie kontakty polityków ze Wschodem, PiS należałoby zdelegalizować już dekadę temu. Ale tu nie chodzi o fakty. Tu chodzi o insynuacje. O uruchamianie lęków. O sianie podejrzeń. Nawrocki traktuje RBN jak swoją prywatną budkę z kebabem politycznym: serwuje tam wszystko, co ostre, byleby odciągnąć uwagę od realnych problemów.

Tymczasem Donald Tusk wykonuje ruch o kalibrze atomowym – powołuje zespół ds. akt Epsteina. To nie jest żaden PR-owy fajerwerk. To palec wskazujący prosto w twarz Trumpa – sojusznika PiS i Nawrockiego. Bo Epstein nie tylko „miał znajomości”. On budował imperium kompromatów. Nagrywał, szantażował, kolekcjonował. I na tych taśmach pojawia się Trump. Wielokrotnie. Blisko. I z rosyjskim cieniem w tle.

A teraz ten sam Trump żąda od UE dostępu do danych biometrycznych Europejczyków. Tak po prostu. Jakbyśmy byli katalogiem IKEA: „Poproszę dane z Polski, Estonii i może jeszcze Włoch – do kompletu.” Brzmi jak żart? To szantaż. Albo oddacie dane, albo nie wjedziecie do USA. Prywatność? Wolność? Dla Trumpa to lewackie fanaberie.

I co robi prezydent RP? Nadal śle listy miłosne do MAGA, bo myśli, że to klucz do bezpieczeństwa. A to jest klucz do bramy, za którą siedzi Putin z popcornem i patrzy, jak Zachód sam sobie podcina żyły.

W tle czai się nasz krajowy dramat. Polska powoli przeistacza się w węgierski eksperyment na żywym organizmie. Piłsudczykowski teatrzyk Kaczyńskiego zamienia się w brunatny musical dla neoendeków. Mentzen, Braun i reszta tej cyrkowej trupy marzą o państwie bez instytucji, bez podatków i bez ludzi. Wszystko, co społeczne, ma zniknąć. Wszystko, co ludzkie, ma być prywatne. Państwo jako narzędzie dla bogatych i paszcza do opluwania biednych.

W międzyczasie Polska marznie. Dosłownie i w przenośni. Ulice są lodowiskiem, chodniki polem minowym, na którym seniorzy z kijkami mają więcej odwagi niż cała Konfederacja razem wzięta. Ślisko jak w relacjach prezydenta z premierem, zimno jak w duszy Glapińskiego, gdy mówi o inflacji, i niebezpiecznie jak wystąpienie Brauna po godzinach.

I tu dochodzimy do Glapińskiego – tego błyszczącego baobabu z NBP. Facet, który mógłby mówić o zapaści ekonomicznej tonem pogodynki zapowiadającej słońce. Rada Polityki Pieniężnej, sterowana jego łagodną dłonią drżącą od samozachwytu, postanowiła zostawić stopy procentowe bez zmian. Czyli: nie będzie ani lepiej, ani taniej, ale za to dalej źle – tylko z uśmiechem. Glapiński uspokaja, że wszystko jest pod kontrolą. Titanic też płynął pewnie, dopóki nie walnął w górę lodową zwaną rzeczywistością.

Solarki jeżdżą, ale wciąż ich mało, a ludzie łamią ręce i biodra jak opozycja jedność. Służby ostrzegają: nie wychodźcie z domu. Tylko nie dodają, że nie wychodzić warto też ze względu na sytuację polityczną. Bo można się poślizgnąć i wpaść w kadr z Morawieckim.

Na lewicy coś się kotłuje. Czarzasty próbuje przypomnieć sobie, jak to było być buntownikiem. Ale wygląda to trochę jakby weteran z PRL chciał grać w zespole punkowym – rytmu brak, ale krzyczy głośno. Lewica próbuje wrócić do klasy ludowej, tylko że ta klasa już dawno wyniosła się do internetu i zamieniła socjalizm na TikToka.

Na koniec refleksja – może i gorzka, ale uczciwa: ten kraj przypomina dom bez ogrzewania, w którym co drugi lokator krzyczy, że to wina sąsiada. Politycy uprawiają tanie sztuczki, prezydent robi happeningi w stylu prowincjonalnego agenta służb, a zwykli ludzie łamią nogi na śliskich chodnikach i płacą raty kredytu jak ofiarę za grzechy całego świata.

Ale jest czwartek. Może komuś nie zepsują dnia stopy procentowe. Może ktoś nie złamie kręgosłupa. I może prezes PiS i Nawrocki, ze swoją bandą, wreszcie pójdą spać – na długo.

Nie liczmy na cuda. Liczmy na to, że nie zabraknie nam siły, żeby się z tego wszystkiego śmiać. To dziś największy akt obywatelskiego oporu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights