










Gdyby Polska była filmem, to byłby to sequel, którego nikt nie chciał, ale każdy ogląda, bo z braku laku i Netflix staje się zbyt przewidywalny. Reżyseria: chaos. Scenariusz: pisany na kolanie przez kilku scenarzystów z rozdwojeniem jaźni. Gatunek: polityczny slapstick z elementami dramatu narodowego. W roli głównej – państwo, które znów potknęło się o własne sznurówki.
Zacznijmy od tego, co najgłośniejsze. Karol Nawrocki – prezydent RP, który jeszcze niedawno wyglądał na idiotę z misją, dziś wygląda na człowieka, który zgubił GPS.
W Wyrykach nie spadł rosyjski dron, tylko rakieta z polskiego F-16. Ktoś próbował strzelać do Putina z powietrza, a trafił w wiejski dom z karton-gipsu. Świetnie. I nie byłoby w tym nic dramatycznego (w końcu nawet Amerykanie raz zbombardowali własnych sojuszników), gdyby nie fakt, że cała nasza klasa polityczna wpadła w panikę godną kiepskiego thrillera.
Nawrocki mówi: „Nie wiedziałem”. MON mówi: „Wiedziałeś”. BBN: „Nie dostaliśmy notatki”. TVN24: „Dostaliście”. Przydacz: „No była, ale taka jakaś rozmyta”. Bogucki: „Nie było nic”. Generał Klisz: „Wysłałem wszystko”. Wojsko: „Wszyscy byli w rozdzielniku. Zawsze jesteście w rozdzielniku, jak pacjenci u neurologa”. Tusk: milczy. Sikorski: pokazuje gest Kozakiewicza. Naród: otwiera piwo, choć to jeszcze przed 22:00.
Konflikt między Pałacem Prezydenckim a rządem przerodził się w rodzaj nieformalnego kabaretu, który – o dziwo – nie bawi nikogo za granicą. W NATO zgrzytają zębami, w Moskwie zacierają ręce, a w ONZ Bosacki pokazuje zdjęcie zniszczonego domu, nie wiedząc, że to dzieło polskiej rakiety, nie ruskiego drona. Wypisz-wymaluj: dyplomatyczna wersja „Pokaż kotku, co masz w środku”.
Równolegle Karol Nawrocki próbuje przejąć kontrolę nad nominacjami ambasadorskimi. Chce decydować o placówkach w USA, Francji, przy ONZ, NATO – wszędzie tam, gdzie można zabłysnąć. Tyle że Sikorski, z gracją obrażonego kierownika sali weselnej, mówi: „Nie będzie pan decydował, panie prezydencie. To nie jest pana wesele”. Próba podziału świata dyplomatycznego na „prezydencki” i „rządowy” jest zresztą tak groteskowa, że nawet Biały Dom się zorientuje, że coś tu nie gra.
Ale spokojnie, nie samym Nawrockim Polska żyje. Rafał Trzaskowski, wieczny kandydat na wszystko, przegrał batalię, którą sam sobie wymyślił. Chciał zakazać sprzedaży alkoholu w Warszawie po 22:00, licząc na poparcie własnych ludzi. Sęk w tym, że ci ludzie od dawna go nie słuchają. Rada Warszawy, pod przewodnictwem lojalnych wobec ministra Kierwińskiego, odrzuciła i jego projekt, i projekt lewicy. Oba trafiły do kosza szybciej niż korek po otwarciu żubrówki.
Wojna o alkohol, która miała być popisem odpowiedzialności miejskiej, stała się pokazem bezsilności prezydenta. Trzaskowski wygląda dziś jak kot w transporterze – niby kot, ale nie decyduje o kierunku. To już nie jest polityk z potencjałem na prezydenta RP – to samorządowiec z kadencją, która kończy się w 2029 roku, i bez realnego wpływu na własne zaplecze. Bo realną władzę w Warszawie ma Marcin Kierwiński, sekretarz generalny PO i człowiek, który jak powiedział „nie”, to znaczy „nie, i nie pytaj drugi raz”.
A teraz danie główne: Jarosław Kaczyński. Wódz, patriarcha, lider, który kiedyś sterował wszystkim z tylnego siedzenia, dziś nawet nie wie, w jakim samochodzie siedzi. Nie został zaproszony na narady po nocnym ataku dronów. Nie podjęto z nim żadnej decyzji. Nikt go nie budził. Nikt nie pytał. W polityce to odpowiednik odcięcia prądu babci, która przez lata miała pilota do wszystkich kanałów.
Kaczyński teraz jeździ po kraju jak objazdowy kaznodzieja, mówi o ograniczaniu członkostwa Polski w UE, liczy na wielkie emocje. Ale sączą się tylko ziewnięcia. To, co kiedyś było politycznym granatem, dziś przypomina mokry kapiszon. Nawet w Sali „Sokoła” w Krakowie – miejscu historycznych deklaracji – jego słowa odbiły się echem od pustych ścian.
W nocy 9/10 września, gdy Polska trzymała oddech, Nawrocki i Tusk grali wspólnie przez chwilę. Ale zawieszenie broni nie pasowało Nowogrodzkiej. Bo jak żyć bez wojny? Bez podziału? Bez ataku na „tych drugich”? Tego nikt tam nie wie. Dlatego Przydacz i Bogucki, niby ministrowie prezydenta, ale z GPS-em nastawionym na Kaczyńskiego, ruszyli do boju.
Ale przecież to nie koniec. Prezydent ma na biurku ustawę o pomocy Ukraińcom. Wcześniej ją zawetował, bo nie było tam zakazu promowania banderyzmu. Teraz jest ograniczenie 800+ dla pracujących, ale nie ma wzmianki o Banderze. I znów ważą się losy. Czy prezydent zawetuje znowu? Czy system pomocy dla uchodźców się zawali? Czy Konfederacja pogłaszcze go po plecach za stanowczość wobec Ukrainy? Czy po prostu znowu będzie to teatr dla jednych i hałas dla drugich?
A w tle… dwa ukraińskie duchy wchodzą do krakowskich wodociągów, łotewski ninja z bronią na dachu hotelu, a estońska przestrzeń powietrzna dziurawa jak ser szwajcarski. Rosja testuje Zachód, a Zachód ma aktualizację systemu, więc chwilowo nie może odpowiedzieć.
Reasumując: żyjemy w kraju, w którym prezydent gra w „zgadnij, co wiem”, premier śpi przy otwartym oknie, a opozycja nie wie, czy to w ogóle jeszcze jej sprawa. W kraju, w którym wojna o wódkę jest poważniejsza niż wojna o ambasadorów. W kraju, w którym rakieta ląduje w dom i nikt nie wie, czyja. I wreszcie – w kraju, w którym najwięcej zysku notują skupy złota i producenci popcornu.
Stan Wyjątkowy? Zbyt łagodne określenie.
To już jest permanentna groteska.

Dodaj komentarz