ŚRODA, W KTÓREJ APOKALIPSA POSZŁA NA NEGOCJACJE

Warszawa

Środa zaczyna się powoli, jak stary zegar, który już nie bije godzin, tylko sapie i udaje, że jeszcze ma sens. Świat budzi się po wtorkowym wieczorze, który miał być ostatni, i wygląda to wszystko trochę tak, jakby ktoś odwołał koniec świata w ostatniej chwili, ale nie raczył uprzedzić ludności, więc wszyscy idą do pracy z lekkim niedosytem katastrofy.

Powietrze chłodne, wiosna niepewna, jak minister po konferencji, a człowiek stoi przy oknie i myśli, że historia zaczyna przypominać kabaret pisany przez ludzi, którzy nie wiedzą, czy robią farsę, czy tragedię, więc wychodzi im jedno i drugie naraz.

Jeszcze wczoraj wieczorem Donald Trump zapowiadał zniszczenie całej cywilizacji. Nie jakąś tam redukcję napięcia, nie punktowe uderzenie, tylko od razu – cywilizacja w proszku, najlepiej do rana. Z rozmachem, z pianą na ustach i z tą dziecięcą wiarą, że jak się powie głośno, to się stanie.

A dziś rano ten sam człowiek ogłasza zawieszenie broni. I to nie byle jakie. Zawieszenie broni według planu napisanego przez Iran.

Proszę państwa, to nie jest polityka. To jest farsa w trzech aktach, w której generał najpierw grozi, że wysadzi teatr, a potem podpisuje umowę z widownią, że będą grali repertuar, który widownia sama napisała.

Iran, który miał być rozdeptany jak pet na chodniku historii, nagle siada przy stole, wyciąga kartkę i mówi: „tu są warunki”. I te warunki brzmią jak lista życzeń, którą ktoś przez lata pisał z frustracją, a teraz czyta ją na głos, patrząc Ameryce w oczy. Zniesienie sankcji. Odszkodowania. Prawo do wzbogacania uranu.

Czyli wszystko to, co miało być niemożliwe, nie do przyjęcia, absolutnie wykluczone, a teraz staje się „bazą do negocjacji”, czyli dyplomatycznym określeniem na to, że ktoś połknął własne groźby i jeszcze poprosił o dokładkę.

Trump ogłasza „całkowite zwycięstwo”. Oczywiście. W jego świecie każda porażka to zwycięstwo, jeśli tylko odpowiednio głośno się ją nazwie. To jest ta szkoła myślenia, w której jak się spadnie ze schodów, to ogłasza się triumf nad grawitacją.

Cieśnina Ormuz, ta cienka żyła świata, zamienia się w kasę biletową do globalnego cyrku. Dwa miliony dolarów za przepłynięcie. Kontrola. Ograniczenia. Jeszcze niedawno wolny szlak, dziś coś między prywatną bramką a haraczem pobieranym z uśmiechem.

Świat stoi w kolejce i płaci, bo jak nie zapłaci, to stanie. I w tej scenie jest coś głęboko upokarzającego, bo nagle okazuje się, że globalna potęga wygląda jak klient, który zapomniał portfela, a teraz udaje, że to była strategia.

Netanjahu mówi, że rozejm jest, ale nie wszędzie. Oczywiście. Na Bliskim Wschodzie pokój zawsze ma gwiazdkę i przypis drobnym drukiem, najlepiej taki, którego nikt nie czyta, dopóki nie zacznie znowu wybuchać.

A gdzieś obok stoi Putin, ten zawodowy przegrywacz cudzych i własnych ambicji, i patrzy na to wszystko jak uczeń, który oblał egzamin, ale pociesza się, że kolega też nie zdał. Imperia XXI wieku wyglądają dziś jak bokserzy po nokaucie, którzy wciąż machają rękami, żeby udowodnić, że to była tylko taktyka.

A Trump ogłasza „złoty wiek Bliskiego Wschodu”. Złoty. Po wojnie. Po groźbach zagłady. Po negocjacjach, w których przeciwnik rozdaje karty. To nie jest złoty wiek. To jest złocenie ruin.

Ale polityka przestała być opowieścią o faktach. Stała się opowieścią o tym, kto głośniej nazwie swoją porażkę sukcesem. I publiczność, zmęczona, zdezorientowana, klaszcze, bo nie ma już siły sprawdzać, kto kogo ograł. I tylko gdzieś pod tym wszystkim coś się sypie. Bo to nie jest historia o Iranie. To jest historia o świecie, w którym wielkie mocarstwa zaczynają przypominać nadętych wujków na weselu, którzy jeszcze chcą prowadzić orkiestrę, ale już nie trafiają w rytm.

Ameryka odkrywa, że nie wszystko można załatwić groźbą. Rosja odkrywa, że nie wszystko można załatwić czołgiem. A reszta świata patrzy i uczy się, że wystarczy przeczekać, postawić warunki i poczekać, aż ktoś z większym ego się zmęczy.

Człowiek stoi przy oknie, patrzy na tę niepewną wiosnę i nagle rozumie rzecz najgorszą. Nie to, że ktoś chciał zniszczyć cywilizację. Tylko to, że nawet tego nie potrafił zrobić porządnie. I że teraz wszyscy muszą żyć dalej w świecie, w którym groźby są większe niż czyny, a kompromisy mniejsze niż ambicje.

I to jest dopiero katastrofa. Bo koniec świata byłby przynajmniej konkretny. A to, co mamy, jest tylko jego kiepską wersją demonstracyjną.


  1. Elzbieta Sabik

    Niech już będzie „ta kiepska wersja demonstracyjna” Jest Pan genialny. Szacun.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights