SOBOTA PO ŚWIĘTACH, CZYLI TELEFON DO WASZYNGTONU I CISZA PO KACZYŃSKIM

Warszawa

Sobota po świętach ma w sobie coś z poranka po hucznej imprezie, na której wszyscy mówili za dużo, pili nie to, co trzeba, a teraz udają, że dokładnie pamiętają, co się wydarzyło. Kawa jest mocniejsza, światło ostrzejsze, a rzeczywistość – niestety – wróciła. Polityka też. Bez kolęd, bez opłatka, za to z telefonami do Waszyngtonu, przeciekami z Kremla i nerwowym przestawianiem figur na krajowej szachownicy.

Zacznijmy więc od rozmowy, która miała być „ciepła i serdeczna”. Karol Nawrocki zadzwonił do Donalda Trumpa. Oficjalnie: życzenia świąteczne, bezpieczeństwo, Ukraina, G20, energetyka, współpraca gospodarcza. Dyplomatyczny zestaw obowiązkowy, taki polityczny barszcz z uszkami – wszystko w nim jest, ale smak zależy od tego, kto gotuje. W komunikacie Kancelarii Prezydenta nie ma ani jednego zdania, które cokolwiek wyjaśnia, ale jest za to atmosfera. Ciepła. Serdeczna. Jakby ktoś chciał nas uspokoić, że jakiś dorosły z Ameryki nadal odbiera telefon.

Tyle że w tej rozmowie najważniejsze nie było to, co padło, ale kto dzwonił i po co. Karol Nawrocki bardzo konsekwentnie buduje swój wizerunek jedynego prawdziwego łącznika polskiej prawicy ze światem. Jarosław Kaczyński w tej układance jest już tylko cichym cieniem, wspomnieniem dawnej hegemonii. Jeszcze niedawno to prezes PiS rozdawał karty, dziś karty rozdaje Pałac Prezydencki, a Nowogrodzka patrzy na to z rosnącym poczuciem nieprzydatności.

Nie jest przypadkiem, że to właśnie Nawrocki rozmawia z Trumpem o Ukrainie. Gość, który w kraju zasłynął z rekordowej liczby wet i obsesyjnej wojny z rządem, na arenie międzynarodowej próbuje grać rolę odpowiedzialnego strażnika bezpieczeństwa regionu. Problem polega na tym, że Donald Trump nie jest partnerem do rozmów o odpowiedzialności. To polityk, który nawet w sprawie wojny potrafi ustawić siebie w roli jedynego reżysera świata, oświadczając bez cienia wstydu, że „nie ma nic, dopóki ja tego nie zatwierdzę”. Kabotyn w roli demiurga, rozdający zgody jak łaski, jakby pokój był odcinkiem jego reality show, a Ukraina planem zdjęciowym na Florydzie. To polityk, który negocjacje traktuje jak reality show, a wojnę jak element kampanijnego tła. Dziś rozmawia o pokoju, jutro grozi, pojutrze zmienia zdanie – wszystko w zależności od nastroju i słupków.

W tym samym czasie Władimir Putin wysyła w świat sygnały, które brzmią jak knowania dojrzałego stratega, a w istocie są komunikatem mafijnego bossa. Owszem, mówi o „wymianie terytoriów”, ale pod jednym warunkiem: Donbas ma być jego. Cały. Bez dyskusji. To nie jest propozycja pokojowa, to jest ultimatum opakowane w dyplomatyczną bibułkę. A pomysł wspólnego zarządzania Zaporoską Elektrownią Atomową przez USA i Rosję – bez Ukrainy – brzmi jak sen imperium, które wciąż nie pogodziło się z tym, że świat nie jest już podzielony na strefy wpływów według map z XX wieku.

W tej układance Polska jest ważna, ale nie tak ważna, jak chciałaby w to wierzyć prawica. Telefon z Waszyngtonu nie czyni z Nawrockiego męża stanu, tak jak brak telefonu nie czyni z Tuska politycznego statysty. Różnica polega na czym innym: rząd próbuje zarządzać rzeczywistością, Nawrocki – destabilizować ją na użytek własnej pozycji. To strategia krótkodystansowa, ale skuteczna w kraju, który lubi polityczne awantury bardziej niż nudną sprawczość.

A po prawej stronie sceny politycznej trwa proces, który jeszcze rok temu wydawał się herezją. Jarosław Kaczyński znika. Nie w sensie biologicznym – choć politycznie to coraz bliżej – lecz symbolicznym. Przestał być punktem odniesienia. Nawrocki przejmuje elektorat siły, Mentzen elektorat gniewu, Braun elektorat strachu przed wojną. Każdy bierze, co chce, a PiS zostaje z logo, strukturami i rosnącą frustracją.

Tymczasem koalicja rządząca, choć poturbowana po wyborach prezydenckich, wciąż trzyma ster. PSL kręci się jak zawsze, gotowe skręcić tam, gdzie wiatr zawieje najmocniej. Lewica – ku zdumieniu wszystkich – jest lojalna, bo Czarzasty doskonale wie, że w chaosie najłatwiej przeżyć, stojąc nieruchomo. Polska 2050 osuwa się w wewnętrzne konflikty, a Hołownia kończy rok jako polityk, który zniszczył cudzą kampanię, a potem własną partię.

I tak docieramy do soboty po świętach. Z jednej strony świat, w którym Putin chce Donbasu, Trump chce wszystkiego naraz, a wojna w Ukrainie wciąż nie zna słowa „pauza”. Z drugiej – Polska, która mimo politycznych awantur jest stabilniejsza, niż wynikałoby to z codziennych krzyków. Między tymi dwoma rzeczywistościami ktoś musi zachować rozsądek.

Telefon do Waszyngtonu może być symbolem. Albo odpowiedzialności, albo próżności. Wszystko zależy od tego, co zrobi się po odłożeniu słuchawki. A z tym – jak pokazuje ta sobota – polska polityka wciąż ma największy problem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights