SNUS, RACE I GĘŚ PIECZONA, CZYLI JAK POLSKA ŚWIĘTOWAŁA SWOJĄ WOLNOŚĆ PO POLSKU

Warszawa

SNUS, RACE I GĘŚ PIECZONA, CZYLI JAK POLSKA ŚWIĘTOWAŁA SWOJĄ WOLNOŚĆ PO POLSKU

Poranek po długim weekendzie przypomina kaca po weselu cioci Wiesi — niby wiesz, że się dobrze bawiłeś, ale jak patrzysz na zdjęcia z imprezy, to marzysz o amnezji. Polska właśnie ocknęła się po czterodniowym patriotycznym melanżu, w którym mieszają się emocje, dym z rac, geopolityka, gęś pieczona, snus pod wargą prezydenta i metafory bardziej toporne niż przemówienie Nawrockiego.

Zacznijmy od naszego snusowego patrioty-in-chief. Karol „Megafon” Nawrocki, świeżo po łyku nikotynowego patriotyzmu, postanowił przypomnieć wszystkim, że Polska nie jest papugą narodów, ale raczej pawiem w okresie pierzenia. Jego przemówienie było jak reklama telezakupów: pełne dramatycznych pytań retorycznych, odniesień do chrześcijańskich fundamentów i ostrzeżeń przed obcymi ideologiami — czyli, jak rozumiem, czytaniem książek innych niż podręcznik IPN-u.

Tymczasem Donald Tusk, który zamiast machać flagą w smogu patriotycznych rac, postanowił świętować w Gdańsku. Spokojnie, radośnie, z uśmiechem. Jakby był premierem całego kraju, a nie tylko połowy Twittera. „Niepodległość jest dla wszystkich” — mówił, co oczywiście oburzyło prawicę, bo wszyscy to także kobiety, geje, wegetarianie i ci, co nie wiedzą, kim był Mochnacki.

Marsz Niepodległości w Warszawie? Oczywiście był. Jak co roku — tradycyjne hasła, tradycyjne race, tradycyjne okrzyki i, niestety, coraz mniej tradycyjna tolerancja. Bosak grzmiał o potrzebie legalizacji rac, bo – jak twierdzi – nie koncesjonujemy zapalniczek. Nie, Krzysiu, ale też nikt nie odpala zapalniczek pod nosem policji krzycząc „raz sierpem, raz młotem”.

Na marszu pojawił się również prezes Kaczyński. Czy ktoś wreszcie odprowadzi tego pana do domu? Zgubił się tam chyba w 2010 roku i do dziś błąka się wśród banerów z przekreśloną UE, próbując przekonać siebie i innych, że jego wizja Polski jest jeszcze aktualna. Prezes przemówił — ciepło, ojcowsko, jakby mówił do grupy osieroconych patriotów: „Tamci to brednie, my jesteśmy prawdziwą Polską”. Tylko nikt już chyba nie wie, kto to „my”.

Tymczasem z Budapesztu macha do nas widmowo Zbigniew Ziobro, obecnie bohater tragiczny dramatu „Uciekający Minister”. Ma 26 zarzutów, dwa adresy i zero wstydu. Chciałby być przesłuchany zdalnie, bo przecież internet to też Polska, a zasięg ma dość mocny. Proponuję mu Zooma z prokuraturą i wirtualne kajdanki z opcją mute.

Obok Ziobry, na politycznym peronie uciekinierów, siedzi też Marcin Romanowski, który właśnie złożył zawiadomienie o działalności obcego wywiadu. Oczywiście nie w sprawie swojej. Tym razem oskarżył Żurka o szpiegostwo, bo – uwaga – znał dziennikarza z Hiszpanii. Dajmy temu panu globus i czapkę z foli aluminiowej, bo jeszcze odkryje, że James Bond był inspiracją dla Funduszu Sprawiedliwości.

Lewica? Ach, oni wciąż nie potrafią się zdecydować, czy bardziej nienawidzą nacjonalizmu, czy siebie nawzajem. Polska 2050 z kolei siedzi cicho, jakby Hołownia zaszył się w schowku na miotły i czekał, aż wszystko samo się rozwiąże. Chłopak wygląda, jakby miał nadzieję, że polityka to gra planszowa i że ktoś wreszcie rzuci mu kostką na wejście.

Na tym tle Koalicja Obywatelska i Tusk wyglądają jak rodzic wracający z pracy do domu, w którym dzieciaki zrobiły demolkę i jeszcze obwiniają go za bałagan. A mimo to, uśmiechnięty, opanowany, bez snusa i bełkotu, mówi: „Spokojnie, Polsko. Damy radę.”

A Polska… Polska w tym czasie kończy gęś z jabłkami, poprawia kotylion, odpala jeszcze jedną racę na podwórku i mówi „ale było grubo”. I znów czeka, aż ktoś za nią posprząta.

Miłego śniadania. Smacznego, jeśli zostało coś z weekendu poza wstydem.


(PS. Jeśli jesteś z IPN — to oczywiście satyra. Jeśli nie — tym bardziej.)


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights