


Poranek jest jeszcze chłodny, trochę szary, trochę wilgotny, taki marcowy, kiedy świat powoli rozkręca się jak stary traktor na wsi. Człowiek wstaje, uruchamia ekspres, mieli kawę, patrzy przez okno na drzewa, które jeszcze nie wiedzą, czy to już wiosna, czy tylko meteorologiczna prowokacja.
W takim momencie rozsądny człowiek powinien zrobić jedną rzecz. Usiąść. Nalać kawy. Zjeść spokojnie śniadanie. Popatrzeć na świat z życzliwą obojętnością.
Ale nie. Ja włączam telewizję.
I to jest moment, w którym zaczyna się eksperyment medyczny na żywym organizmie, polegający na gwałtownym podnoszeniu ciśnienia krwi przy pomocy polskiej polityki.
Bo oto pojawia się on. Kurdupel z Żoliborza. Napoleon w kaszkiecie. Człowiek, który w historii gospodarki zapisze się jako jedyny polityk świata, który potrafi jednocześnie nie rozumieć ekonomii i wykładać ją z absolutną pewnością profesora bankowości.
Prezes staje i tłumaczy. Tłumaczy, skąd będą pieniądze.
Otóż pieniądze – jak wyjaśnia z miną człowieka, który właśnie odkrył Amerykę, a przynajmniej Podkarpacie – można wziąć z Narodowego Banku Polskiego. Mechanizm jest podobno skomplikowany.
Tak skomplikowany, że sam prezes PiS wolałby, żeby tłumaczył go ktoś inny.
To jest zresztą jeden z najpiękniejszych momentów współczesnej ekonomii politycznej.
Człowiek ogłasza plan finansowy państwa. Po czym dodaje:
„Ja wolałbym jednak, żeby to tłumaczyli ludzie, którzy są bardziej zanurzeni w bankowości”.
Czyli w skrócie: wiem, że można, ale nie wiem jak. Obok tego ekonomicznego Kolumba stoi oczywiście jego wierny kartograf monetarny – Adam Glapiński. Człowiek, który od lat dowodzi, że bank centralny może być jednocześnie instytucją finansową i kabaretem.
A gdzieś w tle majaczy jeszcze Sasin. Sasin w polskiej polityce jest jak mgła nad bagnem. Nie wiadomo, skąd się bierze, ale wiadomo, że zaraz będzie kosztować kilka miliardów.
I wtedy kamera pokazuje Sejm. Tam też jest wesoło. Na mównicę wychodzi poseł KO Jerzy Meysztowicz i zaczyna wykład z językoznawstwa stosowanego. Przedmiot: palantologia polityczna.
Poseł opowiada, że po wystąpieniu Przemysława Czarnka w internecie pojawiło się pewne określenie.
„Palant”.
I teraz następuje moment naukowy. Meysztowicz wyjaśnia z mównicy sejmowej definicję tego słowa:
osoba niesympatyczna, niegrzeczna, czasem chamska, irytująca, robiąca rzeczy głupie i żenujące.
Po czym zwraca się do Kaczyńskiego:
„Panie prezesie, trafił pan w dziesiątkę”.
W tym momencie w ławach PiS siedzą Kaczyński i Czarnek. I się śmieją. To jest piękny obraz. Dwóch ludzi, którzy właśnie zostali opisani definicją palanta, siedzi i się śmieje.
Człowiek zaczyna podejrzewać, że może to jednak nie była krytyka, tylko diagnoza stanu świadomości.
Czarnek zresztą długo nie wytrzymuje i wchodzi na mównicę. A kiedy Czarnek wchodzi na mównicę, język polski zaczyna się pocić.
Najpierw zwraca się do marszałka Czarzastego. I robi to w stylu międzynarodowym. „Herr Kamerad, Genosse Czarzasty”.
To jest moment, w którym historia Europy robi salto. Bo nagle okazuje się, że w jednym zdaniu można połączyć Niemcy, Związek Radziecki i polski Sejm.
Czarnek krzyczy o paliwie, VAT-ach, rolnikach i PSL-u, które – jak twierdzi – jest popychadłem Tuska.
PSL zresztą od lat pełni w polskiej polityce rolę zespołu obrotowego. Jak drzwi w hotelu. Ktokolwiek wchodzi do władzy, PSL już tam jest.
Marszałek Czarzasty wysłuchuje tego z cierpliwością człowieka, który widział już wiele. A potem kończy spokojnie:
„Dziękuję serdecznie, Herr Czarnek”.
I w tej jednej chwili polski parlament zamienia się w kabaret literacki. Ale to nie koniec. Bo równolegle trwa wielka debata o programie SAFE. Unijnym funduszu, z którego Polska może dostać 43,7 miliarda euro na rozwój przemysłu obronnego. Czyli – w skrócie – pieniądze na bezpieczeństwo. Na współpracę. Na nowe technologie.
I właśnie wtedy pojawia się on. Prezydent Karol Nawrocki.
Człowiek, którego szwedzkie media nazwały „barwną postacią”. Barwną głównie dlatego, że – jak zauważyły – ma na torsie tatuaże z Chelsea i Lechią Gdańsk.
Szwedzki król przyjeżdża do Polski rozmawiać o bezpieczeństwie Europy. A trafia na człowieka, który wygląda trochę jak kibic po długim weekendzie. Dyplomacja bywa okrutna.
Tymczasem za oceanem Donald Trump ogłasza właśnie historyczną dominację energetyczną Ameryki. Powstanie nowa rafineria w Teksasie. Pierwsza od pięćdziesięciu lat.
Trump pisze o tym w internecie wielkimi literami. Tak wielkimi, że można je zobaczyć z kosmosu.
To jest w ogóle ciekawa cecha Trumpa. Im mniej realna jest zapowiedź, tym większa czcionka. Eksperci mówią spokojnie:
budowa potrwa lata. Pozwolenia. Protesty. Analizy środowiskowe. Ale Trump już ogłosił zwycięstwo. Trump zawsze ogłasza zwycięstwo. Nawet gdy dopiero zamówił łopatę.
Wracam do stołu. Kawa już dawno wystygła. Śniadanie patrzy na mnie z wyrzutem. Telewizor dalej gada.
Polska polityka przypomina wielki jarmark. Jest ekonomia z banku centralnego, której nikt nie rozumie.
Jest Czarnek uczący Europę historii. Jest Nawrocki z tatuażami, który rozmawia z królem Szwecji o bezpieczeństwie.
Jest Trump budujący rafinerię przyszłości.
I w tym wszystkim siedzi człowiek z kanapką. Patrzy. Słucha. I zaczyna rozumieć jedną prostą rzecz. Kawy rano wcale nie trzeba. Wystarczy włączyć wiadomości z Polski. Ciśnienie podnosi się natychmiast.

Dodaj komentarz