ŚNIADANIE DZIECI, A ŚWIAT W TRYBIE PILNYM

Warszawa

Święta jeszcze trwają. Dziewczynki siedzą przy stole w piżamach, jedzą świąteczne śniadanie z powagą ludzi, którzy wiedzą, że kakao stygnie szybciej niż rozgrzany do czerwoności świat. Dom jest ciepły, choinka wciąż świeci, kominek mruga ogniem jak leniwe oko kota. I właśnie wtedy popełniam klasyczny błąd współczesnego człowieka: sięgam po wiadomości.

To trochę tak, jakby w trakcie kolędy ktoś nagle włączył alarm przeciwlotniczy. Niby ten sam pokój, ale powietrze inne. Gęstsze. Bardziej metaliczne.

Najpierw sondaż. Pytanie brzmi niewinnie, wręcz świątecznie: z którym politykiem Polacy chcieliby spędzić święta. Najwięcej odpowiada: z żadnym. I to jest jedyna odpowiedź, która brzmi jak przejaw zbiorowej inteligencji, a nie jak objaw chronicznego zmęczenia demokracją. Reszta odpowiedzi to już psychologia społeczna w stanie surowym.

Spośród tych, którzy jednak chcą polityka przy stole, wygrywa Karol Nawrocki. Prezydent. 21 procent. Człowiek-symbol: twardy ton, miękka treść, dużo gestów, mało sensu. Zaproszenie Nawrockiego na święta to deklaracja, że rozmowa ma być krótka, a cisza długa. To polityk, który idealnie pasuje do karpia po grecku: wygląda poważnie, ale nikt nie do końca wie, po co to istnieje. Jego świąteczna obecność oznaczałaby albo nabożne milczenie podszyte strachem, albo wykład o państwie, które najlepiej działa wtedy, gdy obywatel siedzi cicho i nie zadaje pytań.

Donald Tusk – 16 procent. Drugi wybór. Mniej efektowny, bardziej męczący, ale przynajmniej oparty na rzeczywistości. Tusk przy stole to Europa, procedury, kompromisy i zdania wielokrotnie złożone. Polityka jako instrukcja obsługi, nie jako spektakl. Jedno i drugie wymaga cierpliwości, ale tylko jedno grozi zamienieniem świąt w konkurs na najbardziej patriotyczną minę.

Statystyka dopowiada resztę: młodsi ciągną ku Mentzenowi jak do automatu z energetykami – szybko, głośno i bez czytania składu. Starsi wolą Tuska, bo wiedzą, że polityka to maraton, nie sprint w social mediach. PSL – jak zwykle – w okolicach marginesu, z wynikiem przypominającym napiwek zostawiony z przyzwoitości. Czarzasty jeszcze niżej, Razem też. Polska polityka przy świątecznym stole wygląda jak rodzinne spotkanie, na które wszyscy przyszli, ale każdy liczy, że usiądzie jak najdalej od centrum.

Odkładam sondaż i myślę, że to jeszcze nic. Bo zaraz potem Lublin. Płonie kościół. Bożonarodzeniowy poranek, dwadzieścia zastępów straży, fotowoltaika na dachu pracuje mimo odłączenia prądu, woda zamarza, sople spadają. Symbolika nachalna jak kazanie bez mikrofonu: święto, ogień, dym, technologia, mróz. Na szczęście nikt nie ucierpiał. W 2025 roku to już jest luksus.

Dalej Watykan. Leon XIV – papież bez fajerwerków, za to z planem. W świecie, w którym każdy chce być prorokiem, on chce być administratorem. W sprawie Ukrainy mówi rzeczy elementarne, które dla Putina brzmią jak herezja: najpierw zawieszenie broni, potem rozmowy. Putin nie chce zawieszenia broni, bo wojna to jedyny język, w którym czuje się kompetentny. Trump też nie chce, bo zawieszenie broni nie mieści się w haśle kampanijnym. Papież chce, więc automatycznie staje się realistą.

Kościół – jak świat – jest podzielony. Jedni chcą cofania czasu, inni reform bez instrukcji obsługi. Leon XIV próbuje robić to, co w XXI wieku jest najtrudniejsze: zarządzać instytucją bez udawania, że jest wspólnotą aniołów. Rady, odpowiedzialność, realna rola kobiet. To nie ekscytuje tłumów, ale może jeszcze uratować sens. Albo przynajmniej ograniczyć szkody.

A potem Stany Zjednoczone i Donald Trump. Człowiek, który nawet życzenia świąteczne potrafi zamienić w agresywny monolog. Składa je wszystkim, w tym – z właściwą sobie czułością – „lewicowym szumowinom”. Trump w roli Mikołaja: zamiast prezentów – obelgi, zamiast ciszy – autopromocja. Rozmawia z dziećmi o złym Mikołaju, wysokim IQ i wielkości Ameryki, a w tle lotniskowiec blokujący Wenezuelę. Święta w wersji MAGA: choinka, telefon do dzieci i demonstracja siły, żeby nikt nie pomylił kolędy z empatią.

Iran wysyła flotylle, świat kręci się dalej. Wojna w Ukrainie nie robi sobie przerwy świątecznej. NATO w amerykańskiej prawicy staje się balastem, a Putin – morderca w garniturze – może otwierać kolejnego szampana, patrząc, jak Zachód kłóci się sam ze sobą. W Gazie z kolei święta nie mają nawet tej hipokrytycznej dekoracji: tam liczy się, czy jest woda, prąd i czy noc przeżyją dzieci. Konflikt, który dawno przestał być lokalny, a wciąż jest cynicznie traktowany jak przypis do cudzych interesów.

Patrzę na dziewczynki, które skończyły śniadanie i zastanawiają się, czy wolno jeszcze zjeść czekoladę. I robi mi się głupio. Bo one mają prawo do świata prostego: piżama, kakao, sok, choinka. A my – dorośli – mamy obowiązek ogarniać ten drugi, brudniejszy, pełen sondaży, wojen, flotylli i polityków, których ktoś chciałby zaprosić na święta.

Święta trwają. Świat się nie zatrzymał. Ale może choć na chwilę warto pamiętać, po co w ogóle siadamy do stołu. Nie po to, żeby słuchać prezydenckich monologów ani tweetów z Mar-a-Lago. Tylko po to, żeby dzieci mogły zjeść śniadanie, zanim dorośli znów zaczną psuć wszystko, co da się jeszcze uratować.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights