





Zaczęło się pięknie – niczym Chopin na fortepianie w Carnegie Hall – od wystąpienia Radosława Sikorskiego w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Wreszcie Polska nie musiała się czerwienić za ministra spraw zagranicznych, który plątałby się w zdaniach jak pijany pielgrzym na procesji. Sikorski mówił mocno, zwięźle i precyzyjnie: Rosja narusza przestrzeń powietrzną, eskaluje wojnę hybrydową, a Zachód nie może tego tolerować. Krótko mówiąc – dyplomatyczny high kick prosto w nos rosyjskiej propagandy. I nawet gdy Karol Nawrocki kręcił się tam obok, próbując udawać prezydenta na serio, to i tak świat słuchał Sikorskiego, nie chłopaka z Gdańska, który z doktoratu zrobił trampolinę do pałacowych mebli.
Donald Tusk też dorzucił swoje trzy grosze – jasno, twardo, bez dyplomatycznych ceregieli: „jak coś nam wleci nad terytorium, to spadnie”. Ot, proste jak cep, którego używa Jarosław Kaczyński, gdy opowiada o Tusku jako rudym agencie Berlina, Brukseli i Moskwy naraz.
A skoro już o Kaczyńskim – ten dziadek do orzechów polskiej polityki znów walczy na dwa fronty. Z jednej strony Tusk, odwieczny wróg numer jeden, a z drugiej – Sławomir Mentzen, który zamiast grzecznie podać prezesowi piłkę, ośmielił się nazwać go „politycznym gangsterem”. I tu prezes się zagotował. Bo on gangsterem? On – strażnik polskich lasów, które w jego opowieściach prywatni właściciele na Zachodzie zamieniają w zamknięte dżungle z krokodylami i płotem z drutu kolczastego? Kaczyński zaczął Mentzena grillować jak kiełbasę wyborczą – straszyć darwinizmem społecznym, płatnymi studiami i NFZ-em sprzedanym za dwa dolary. I choć retoryka stara jak jego garnitur z lat 90., to wciąż działa na tych, którzy wierzą, że prezes samym słowem potrafi zamienić wodę w benzynę 95.
Ale dziś to nie tylko teatr Kaczyńskiego. W tle pojawia się Waldemar Żurek – minister sprawiedliwości, który postanowił rozliczyć ludzi Ziobry szybciej niż kontroler ZUS przedsiębiorcę. Nowi rzecznicy dyscyplinarni, pozwy regresowe dla neo-sędziów i Radzik, który wciąż biega po sądach jak duch starego reżimu, strasząc Tuskiem i Bodnarem, zamachem stanu. Ktoś tu się ewidentnie nie zorientował, że czas się skończył i teraz zamiast rozdawać karty, będzie można co najwyżej rozdawać numerki w kolejce do prokuratury.
Tymczasem w Zwoleniu… cóż, tam burmistrz oddał gminę w ręce Matki Boskiej. Pięć autokarów, delegacja urzędu i wszyscy szczęśliwi, że teraz będzie mniej wypadków, więcej miłości bliźniego, a urzędnicy przestaną patrzeć na siebie wilkiem. Gmina jako jednostka administracyjna RP? Nie. Teraz to własność niebieskiego holdingu Maryja & Syn sp. z o.o. Można się śmiać, ale jak wojna za miedzą, a Trump w Waszyngtonie bawi się w cenzora komików i kneblowanie mediów, to ludzie wolą zawierzyć, niż sprawdzać, czy rakieta ma rosyjską tablicę rejestracyjną.
A Trump? Ten sam, który jeszcze niedawno machał z Nawrockim zdjęciami do kampanii, dziś zachowuje się jak klasyczny satrapa w białym garniturze. Zamyka usta dziennikarzom, grozi telewizjom cofnięciem koncesji, a uniwersytetom – odcięciem grantów. Do tego dochodzi jeszcze projekt „odwoke’owania” muzeów i pytanie, czy niewolnictwo naprawdę było takie złe. Jakby ktoś miał wątpliwości – PiS wciąż widzi w nim przyjaciela i sojusznika. Zaiste, szczęście w polityce polega na tym, by mieć takich kumpli, którzy w kryzysie odwracają się plecami.
A Karol Nawrocki? On woli obrażać się na Sikorskiego, że ten „obcesowo” mówi prawdę. Wojna za miedzą, drony nad Polską, a w Pałacu spór o to, kto z kim poleci do USA i kto komu wysłał list Donalda Trumpa. Kiedy świat dyskutuje o pokoju i bezpieczeństwie, w Warszawie politycy kłócą się o miejsca w samolocie i tweety sprzed dekady.
Podsumowując poniedziałek: Sikorski mówi jak mąż stanu, Tusk jak premier z jajami, Żurek jak chirurg wycina resztki pisowskiej zarazy, a Kaczyński jak zawsze – prorok z Żoliborza, który zamiast na górze Synaj przemawia do tłumu wiernych, strasząc lasami i zdradą narodową. Z kolei Zwoleń ma nową patronkę, a Trump – nowe metody kneblowania wolności.
Wychodzi na to, że XXI wiek coraz bardziej przypomina średniowiecze. Z tą różnicą, że zamiast miecza mamy drony, zamiast królów – Trumpa i Kaczyńskiego, a zamiast papieskich bulli – akty zawierzenia gmin.
I jak tu się nie modlić?

Dodaj komentarz