SEJM W KLATCE, CZYLI POLITYKA NA GOŁE PIĘŚCI

Warszawa

Są takie dni, kiedy Sejm przestaje przypominać parlament, a zaczyna wyglądać jak hala sportowa po tanim remoncie – z tą różnicą, że zamiast potu czuć w powietrzu ambicję, a zamiast sędziów mamy wicemarszałków próbujących udawać, że to wciąż jest debata, a nie turniej na krzyk i obelgę. Tego dnia, między jednym „najgorszym ministrem w historii” a drugim „śmieciarzem narodu”, ktoś w końcu nazwał rzecz po imieniu.

Donald Tusk wstał i powiedział, że ktoś próbuje zamienić Sejm w klatkę.

Nie była to żadna wielka metafora. To był opis stanu faktycznego, podany z lekkim opóźnieniem. Kiedy Janusz Kowalski, człowiek o energii elektrowni węglowej i subtelności młota pneumatycznego, wchodzi na mównicę i zaczyna tłumaczyć, że minister klimatu „zrobiła z Polaków śmieciarzy”, to nie jest już polityka. To jest występ. Starannie wyreżyserowany numer, w którym każde zdanie musi być ciosem, każde słowo musi boleć, a sens – jeśli się pojawi – jest tylko przypadkowym skutkiem ubocznym.

Kowalski nie mówi, on nadaje. Jego wypowiedzi nie mają struktury, mają temperaturę. To jest radio emocji, które nadaje bez przerwy, bez redaktora i bez myślenia. Kiedy mówi o „kloskowaniu” jako przyspawaniu do stołka, brzmi jak człowiek, który właśnie odkrył metaforę i postanowił używać jej do wszystkiego, jak dziecko młotka, które nagle uznaje, że świat składa się wyłącznie z gwoździ.

I oczywiście nie jest sam. Ławy Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji dawno już zrozumiały, że nie wygrywa się dziś racją, tylko natężeniem dźwięku. Argument jest nudny, fakt jest ciężki, liczba wymaga skupienia. Krzyk jest lekki, szybki i dobrze się klika.

Wniosek o wotum nieufności wobec Pauliny Hennig-Kloski był więc czymś w rodzaju dekoracji – jak plastikowe palmy w hotelu all inclusive. Niby są, niby mają znaczenie, ale tak naprawdę służą tylko temu, żeby zdjęcia wyglądały lepiej.

Tusk patrzył na to wszystko z miną człowieka, który już wie, że nie przekona nikogo argumentem, ale jeszcze nie chce zejść do poziomu przeciwnika. I kiedy rzucił porównanie do freak fightów, zrobił coś więcej niż złośliwość. Postawił diagnozę.

Bo freak fight ma jedną przewagę nad polską polityką – nie udaje niczego więcej niż jest.

Tymczasem w Sejmie mamy teatr, który przebrał się za państwo. Aktorzy grają polityków, politycy grają wojowników, a wyborcy – jeśli jeszcze patrzą – dostają spektakl, w którym sens jest dodatkiem do emocji.

Rząd próbuje grać w inną grę. Mówi o sprzątaniu po ośmiu latach rządów, o cenach energii, o inflacji, o ETS, o realnych problemach. Mówi językiem, który kiedyś był językiem polityki, a dziś brzmi jak instrukcja obsługi pralki czytana w klubie nocnym.

I jest w tym coś tragikomicznego. Bo Tusk ma rację, kiedy mówi, że państwo to nie klatka. Tylko że problem polega na tym, że jego przeciwnicy już dawno kupili bilety na galę i nie zamierzają wychodzić.

Kiedy Kowalski krzyczy o „niemieckiej bucie” i „chińskich koncernach”, a jednocześnie gubi sens własnych zarzutów, widać wyraźnie, że nie chodzi o Polskę. Chodzi o rolę. O bycie tym, który wali pięścią w stół, nawet jeśli pod stołem nie ma już nic.

A publiczność? Publiczność się przyzwyczaiła. Najpierw była zdziwiona, potem rozbawiona, a teraz już tylko przewija.

I tu zaczyna się prawdziwy problem, który nie mieści się w żadnym wystąpieniu premiera ani w żadnym wniosku o wotum nieufności. Bo jeśli polityka staje się walką na pięści, to nie wygrywa ten, kto ma rację, tylko ten, kto lepiej udaje wściekłość. Jeśli Sejm zamienia się w klatkę, to nie dlatego, że ktoś to zaplanował, tylko dlatego, że wszystkim zaczęło się to opłacać.

Tusk próbuje jeszcze udawać, że to debata. Opozycja już wie, że to show. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, wygra nie ten, kto ma rację. Wygra ten, kto głośniej krzyczy.


  1. Elzbieta Sabik

    👏👏👏👏👏

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights