SĘDZIOWIE MÓWIĄ „NIE”, CZYLI POLITYCZNE ZOMBIE ZDERZAJĄ SIĘ Z RZECZYWISTOŚCIĄ

Warszawa

Jeśli ktoś jeszcze miał złudzenia, że tak zwani „ludzie Ziobry” w sądach są jakąś realną siłą środowiskową, to właśnie dostał twarde dane, a nie propagandową bajkę. I te dane są bezlitosne.

Łukasz Piebiak – były wiceminister sprawiedliwości i twarz afery hejterskiej – w apelacji wrocławskiej zdobył cztery głosy. W apelacji poznańskiej zero. W krakowskiej jeden. To nie jest porażka. To jest statystyczne nieistnienie.

Piotr Schab, główny rzecznik dyscyplinarny, człowiek, który przez lata ścigał sędziów za nieposłuszeństwo wobec władzy, w wielu apelacjach dostaje po jednym, dwa, góra siedem głosów.

Przemysław Radzik – jego zastępca, równie gorliwy wykonawca politycznych poleceń – w niektórych miejscach kończy z okrągłym zerem.

Anna Dalkowska, była wiceminister i neo-sędzia NSA, balansuje na poziomie kilku głosów, czasem kilkunastu. W środowisku, które liczy setki ludzi.

To nie jest sygnał polityczny. To jest werdykt środowiskowy. Sędziowie w całej Polsce – przy frekwencji sięgającej około 60 procent – powiedzieli jasno: nie chcemy was, nie ufamy wam, nie uznajemy was.

EGZEKUCJE: KAŻDY OSOBNO, BEZ LITOŚCI

Zacznijmy od konkretów, bo tu nie ma miejsca na uogólnienia ani metafory wygładzające rzeczywistość.

Łukasz Piebiak. Były wiceminister sprawiedliwości u Zbigniewa Ziobry, człowiek-symbol afery hejterskiej, w której aparat państwa zajmował się niszczeniem niewygodnych sędziów. Architekt atmosfery zastraszania. Efekt? Cztery głosy tu, zero tam, jeden gdzie indziej. Środowisko, które zna go najlepiej, wydało werdykt bez cienia wahania: całkowita delegitymizacja. To już nie jest postać kontrowersyjna. To jest polityczny trup, który jeszcze się porusza siłą rozpędu.

Piotr Schab. Główny rzecznik dyscyplinarny, twarz represyjnego systemu wobec sędziów. To przez jego działania wszczynano postępowania za stosowanie prawa europejskiego, za zadawanie pytań prejudycjalnych, za publiczne wypowiedzi. Człowiek, który miał „ustawiać” środowisko. Dziś to środowisko odpowiada mu kilkoma głosami rozrzuconymi po apelacjach. Nie bunt, nie sprzeciw – chłodne, systemowe odrzucenie.

Przemysław Radzik. Zastępca Schaba, równie gorliwy, równie bezrefleksyjny wykonawca. Jeśli Schab był twarzą systemu, Radzik był jego ręką. I ta ręka dziś nie ma już do czego sięgnąć. W niektórych apelacjach wynik: zero. To nawet nie jest przegrana. To brak jakiejkolwiek relacji ze środowiskiem, które miało być podporządkowane.

Anna Dalkowska. Była wiceminister, która zrobiła błyskawiczną karierę dzięki politycznej protekcji, awansując z sądu rejonowego do NSA. Jedna z tych postaci, które miały dowodzić, że system działa. Dziś ten sam system wystawia jej rachunek: kilka głosów w skali setek. To nie jest brak popularności. To jest brak wiarygodności.

I teraz najważniejsze: to nie są jednostkowe przypadki. To jest wzorzec. Każdy z nich, osobno, niezależnie od funkcji i pozycji, dostaje ten sam komunikat: nie jesteście częścią tego środowiska.

KTO ZA TYM STAŁ I DLACZEGO

Żeby zrozumieć, dlaczego ta egzekucja jest tak kompletna, trzeba cofnąć się do źródła.

Zbigniew Ziobro zbudował system, w którym lojalność wobec władzy była walutą. Awans nie wynikał z dorobku, tylko z użyteczności. KRS została przekształcona w instrument polityczny, a sędziowie – w zasób do zarządzania.

Andrzej Duda próbował w pewnym momencie ten system skorygować, wetując część ustaw, ale robił to wybiórczo i z opóźnieniem. Karol Nawrocki kontynuował tę linię blokowania zmian, co tylko pogłębiło chaos instytucjonalny.

Donald Tusk i obecna większość próbują ten system odwrócić, ale robią to na gruzach – bez pełnych narzędzi legislacyjnych, z prezydentem gotowym blokować kluczowe ustawy.

Efekt? Improwizowany mechanizm opiniowania kandydatów przez sędziów.

I właśnie w tym mechanizmie prawda wyszła na jaw.

ZERO GŁOSÓW TO NIE PRZYPADEK

W normalnej sytuacji nawet kontrowersyjna postać zbiera jakieś poparcie. Koleżeńskie, środowiskowe, wynikające z sympatii czy wspólnych interesów. Tu mamy coś innego. Zero głosów nie oznacza, że ktoś przegrał rywalizację. Zero głosów oznacza, że nikt nie uznał go za wartego poparcia.

To jest polityczny odpowiednik sytuacji, w której ktoś wchodzi do pokoju, zaczyna mówić, a reszta nawet nie podnosi wzroku.

BOJKOT, GROŹBY I PANIKA

Reakcja „neosędziów” tylko potwierdza skalę problemu. Zamiast stanąć do uczciwej weryfikacji, część z nich bojkotuje zgromadzenia, próbuje blokować głosowania, straszy odpowiedzialnością karną za… opiniowanie kandydatów.

Brzmi absurdalnie? Bo jest absurdalne. Ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno pouczali innych o praworządności, dziś twierdzą, że wyrażenie opinii przez środowisko może być przestępstwem. To nie jest spór prawny. To jest desperacja.

PODPISY Z KOŚCIOŁA ZAMIAST AUTORYTETU

Gdy zabrakło poparcia wśród sędziów, pojawił się plan B: podpisy obywateli. Tyle że te podpisy zbierano w sposób, który mówi więcej niż tysiąc analiz: w kościołach, w klubach „Gazety Polskiej”, przy wsparciu środowisk politycznie zaangażowanych. Sędziowie przedstawiani byli jako „patriotyczni” i „katoliccy”, jakby to miało zastąpić kompetencje i niezależność.

To nie jest poparcie środowiskowe. To jest marketing. Problem w tym, że marketing nie działa, kiedy przychodzi moment głosowania przez ludzi, którzy naprawdę znają kandydatów.

PLAN B: RATOWANIE KRS PO WETACH

Cała ta procedura opiniowania kandydatów to zresztą efekt politycznej prowizorki. Najpierw prezydent Andrzej Duda zawetował ustawę mającą naprawić KRS. Potem podobny los spotkał kolejną próbę – tym razem zablokowaną przez Karola Nawrockiego. W efekcie władza sięgnęła po rozwiązanie zastępcze: skoro Sejm i tak wybiera członków KRS, to przynajmniej niech zrobi to na podstawie opinii środowiska.

I środowisko tę opinię wydało. Bez złudzeń.

KONTRAST: DRUGA STRONA – AUTORYTET ZAMIAST NOMINACJI

I teraz wchodzi druga strona, cała na biało – choć niestety nie w sensie niewinności, tylko w sensie elementarnej wiarygodności.

Lista 15 kandydatów popieranych przez stowarzyszenia sędziowskie, przede wszystkim Iustitia i Themis, to nie jest przypadkowy zbiór nazwisk. To środowisko, które przez lata – wbrew naciskom, postępowaniom dyscyplinarnym i medialnym kampaniom – broniło podstawowych zasad: niezależności sądów, stosowania prawa europejskiego, elementarnej przyzwoitości zawodowej.

Dariusz Zawistowski. Sędzia Sądu Najwyższego, były prezes Izby Cywilnej. Nazwisko, które w środowisku coś znaczy, bo stoi za nim dorobek, a nie polityczna nominacja. W apelacjach dostaje po 400, 500 głosów. To nie jest wynik wyborczy. To jest plebiscyt zaufania.

Katarzyna Zawiślak. Sędzia znana z konsekwentnej obrony standardów praworządności. Ponad 400 głosów w jednej apelacji. W innych – podobnie wysokie wyniki. Nie dlatego, że ktoś ją „ustawił”. Dlatego, że środowisko ją zna i uznaje.

Pozostali kandydaci z tej listy – może mniej medialni, mniej „głośni”, ale właśnie dlatego bardziej wiarygodni – zbierają w skali kraju po kilka tysięcy głosów. To jest zupełnie inna liga niż pojedyncze, przypadkowe głosy ludzi Ziobry.

I tu pojawia się zasadnicza różnica.

Tam: szybkie kariery, decyzje personalne z ministerstwa, funkcje przyznawane za lojalność.

Tu: lata pracy, środowiskowe uznanie, reputacja budowana powoli i – co najważniejsze – niezależnie od polityków.

Tam: strach, dyscyplinarki, próby podporządkowania.

Tu: opór, konsekwencja i – o ironio – coś tak staroświeckiego jak etos zawodu.

To zestawienie nie jest uczciwe. Bo to nie są równorzędne światy.

To jest zderzenie konstrukcji politycznej z realną wspólnotą zawodową.

I ta konstrukcja właśnie się rozsypała.

EUROPA PATRZY I WYCIĄGA WNIOSKI

W tym samym czasie sędziowie z Polski, Rumunii i Chorwacji podpisują pakt „Solidarity for justice”. Mówią wprost: musimy się wspierać, bo ataki na sądy są częścią szerszego zjawiska w Europie.

To już nie jest lokalna awantura. To jest element większej układanki, w której politycy próbują podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości. I coraz częściej dostają opór.

KONIEC PEWNEJ ILUZJI

Najciekawsze w tej historii nie jest to, że ktoś przegrał. Najciekawsze jest to, że przegrał w sposób absolutny. Bez walki. Bez napięcia. Bez znaczenia.

Bo jeśli środowisko, które znasz najlepiej, odrzuca cię niemal jednogłośnie, to znaczy, że problem nie leży w polityce. Problem leży w tobie. A właściwie w tym, że poza polityką nie było tam nic.


  1. Tadeusz Drozda

    Ziobro nas nauczył wymawiać jednym tchem; „minister sprawiedliwości i prokurator generalny” i tak wymawiamy do dziś. Miały być zmiany. http://www.100konkretow.pl – punkt 26.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights