SAMOTNOŚĆ W DWÓCH CZASACH, CZYLI JAK ŻYĆ MIĘDZY TORONTO A WARSZAWĄ

Warszawa

Starość wdziera się do życia nie jak złodziej, lecz jak rewizor: najpierw puka delikatnie, potem wali w drzwi, a na końcu wchodzi bez zaproszenia, siada na kanapie i mówi: „No to pogadajmy o kręgosłupie.” I tak siedzę ja – człowiek z dwoma państwami w kieszeni, dwoma rodzinami w sercu i jedną samotnością na plecach, która raz jest ciężka jak mokry śnieg w Toronto, a raz jak suchy mróz na Powązkach.

Zresztą samotność dziś rzadko bywa cicha. Nie siedzi w pustym pokoju jak u Czechowa. Ona siedzi wśród ekranów. Migocze, mruga, pokazuje powiadomienia, wciąga w wątki, w których niby uczestniczę, a jednak stoję obok, jak obserwator własnego życia. Bauman miałby radość – płynna nowoczesność, relacje na „enter/delete”, miłość na streaming, a ja na trzech komputerach próbuję skleić rzeczywistość.


TORONTO: MÓJ LAS, MOJA WODA, MOJE DZIEWCZYNKI

W East York mam swoje królestwo – dom na skraju lasu, który zimą wygląda jak pocztówka z Kanady, a latem jak reklama syropu klonowego. Tam mieszka żona. Dwie cudowne birmańskie dziewczynki – 9 i 11 lat, śmiejące się tak, jakby świat nigdy nie słyszał o podatkach ani o polskiej polityce. Jest pies, kot, i Larysa – moja prywatna caryca, która rządzi wszystkim: domem, chaosem, dziećmi, mną. Ja jestem w tej hierarchii gdzieś między kotem a zmywarką. Ale Larysa nakarmi, pogłaszcze słowem, zaklnie po swojemu i człowiekowi od razu lżej.

Do tego Junne, pielęgniarka z indiańską krwią, spokojna obecność jak jezioro o świcie. Kiedyś opiekowała się żoną po operacji onkologicznej, dziś ogarnia dzieci z taką czułością, jakby świat był jednak do uratowania. Junne jest jak kotwica: niby cicha, a jednak trzyma wszystko w pionie.

Ten dom żyje, oddycha, pachnie obiadem i wieczorną herbatą. Kocham go tak, że czasem aż boli.


WARSZAWA: MIASTO, KTÓRE KOCHAM I KTÓRE MNIE POŻERA

A potem – trzask. Drugi świat. Warszawa.

Tu mam pracę, zobowiązania, dorosłe córki: jedna lekarz, robi specjalizację, druga adwokat, walczy na salach sądowych jakby broniła honoru całej rodziny. Obie mądre, ambitne, zapracowane. Jest też moja była żona – przyjaciółka. Wozi mnie po zakupy, wypije kawę, czasem opierdzieli, kiedy trzeba. Patchwork jak z instrukcji obsługi nowoczesnej rodziny.

I ja – samotnik na trzech monitorach. Pracuję z domu, choć dom przypomina czasem statek kosmiczny: migają wykresy, dzwonią komunikatory, a ja – jedynak z natury – próbuję odnaleźć sens w tej ciszy. O północy zaczynam rozmowy z Kanadą. Gdy w Toronto jedzą kolację, ja piję ostatnią kawę. Żyję w dwóch czasach, jak człowiek, który ma serce w jednym miejscu, a ciało w drugim.


TATA I MAMA – DWA GŁOSY, KTÓRYCH JUŻ NIE MA

Zbliża się piąta rocznica śmierci Taty. Mama odeszła dwa tygodnie przed nim, jakby nie chciała zostawić go samego. Dwoje ludzi, dzięki którym wiem, kim jestem. Ich mądrość i czułość noszę jak talizman, ale czasem talizman ciąży.

Na cmentarzu zawsze czuję ten sam chłód. Śnieg skrzypi, jakby powtarzał: „Jeszcze jestem”. A ja zapalam znicz i gadam z nimi. O polityce, o dziewczynkach, (tych z Kanady nie znali, żona przygarnęła je po ich śmierci, a ja poznałem je dopiero w 2022 roku, kiedy Covid zelżął i uwolnił mnie z Nowej Zelandii), o życiu, które przecieka przez palce jak woda z jeziora Ontario.

Jedynak to jest dziwny los. Wszystko się we mnie kumuluje: ból, miłość, tęsknota. Nie mam z kim się tym podzielić – więc dzielę z samym sobą. Taki dialog wewnętrzny, czasem mądry, czasem idiotyczny, ale zawsze konieczny.


ŚWIAT, KTÓRY WPAKOWAŁ NAS W PRZYCISK „LIVE STREAM”

Dziś nawet samotność przyszła w wersji cyfrowej. Już nie siedzi się na ławce i nie myśli o sensie życia. Dziś samotność ma Wi‑Fi, 5G i trzy kamery. Samotność w czasach późnej nowoczesności jest jak hotel kapsułowy: niby obok są ludzie, ale tak naprawdę wszyscy w swojej tubie.

Młodzi uciekają w ekrany. Dorośli też, choć udają, że nie. Ja też. Czasem siedzę jak tłusty budda przed trzema monitorami i udaję, że kontroluję świat. Że jeszcze wszystko trzymam w ryzach. Że mam plan.

Ale planu nie ma. Jest tylko życie. Płynne, nieprzewidywalne, baumanowskie do bólu.


A POLITYKA? POLITYKA TO TYLKO DODATEK DO TEGO BAŁAGANU

Trump robi ze świata reality show, Putin morduje i kłamie jakby dostał za to premię kwartalną, a polska polityka przypomina teatr kukiełek, w którym wszystkie sznurki splątał jakiś wredny kot.

Mentzen buduje partię absolutną, Nawrocki boi się własnego cienia, Kaczyński szuka sensu tam, gdzie dawno go nie ma. A ja? Ja patrzę na to wszystko z mojej warszawskiej nory i myślę, że człowiek jednak powinien być jak dobre drzewo: korzenie głęboko, gałęzie szeroko, a reszta niech sobie wieje.


ŻYCIE MIĘDZY MIEJSCAMI

Czasem myślę, że jestem jak autobus linii 192 – jeżdżę wahadłowo między lotniskami życia. Tu Toronto, tam Warszawa. Tu śmiech dziewczynek, tam polityczne burze. Tu syrop klonowy, tam bigos. Tu ciepło rodziny, tam samotność jedynaka.

A jednak to wszystko składa się w jedną całość. Patchwork. Kolaż. Kołdra, która może i ma różne kawałki, ale grzeje.


POWROTY, KTÓRE NIBY ZNAM, A JEDNAK BOLĄ

Teraz siedzę w Toronto, patrzę na zimną wodę i myślę: po jaką cholerę znowu mam wracać? Przecież tu mam świat, który oddycha. Dziewczynki śmieją się tak głośno, że człowiekowi zachciewa się żyć. Żona patrzy uważnie, jakby liczyła moje tętno z odległości, a Larysa z miną generała Armii Czerwonej ustawia wszystko – talerze, plan dnia, mnie.

A jednak muszę. Bo w Warszawie czeka robota. Ale nie taka jak tu, w Toronto. Bo tu – na Rotman School of Management – wykładam. Żyję w salach, które mają lepsze nagłośnienie niż połowa polskich konferencji razem wziętych. Rozmawiam ze studentami, patrzę im w oczy, widzę, jak im pracują głowy. Tu czuję, że jestem potrzebny – że te moje modele, procesy, te schematy układane latami naprawdę komuś rozświetlają drogę. A kiedy jestem w Warszawie, uczę dalej – tylko że zdalnie, o dziwnych porach, bo sześć godzin różnicy czasu potrafi zrobić z człowieka nocnego mnicha. Z jednej strony czuję satysfakcję, że mogę być z Rotmanem choćby przez ekran, z drugiej – świadomość, że o drugiej w nocy mój mózg domaga się raczej kołdry niż case study.

A w Polsce? W Polsce jestem analitykiem-widmem. Uczestnikiem konferencji, paneli, seminariów, które – owszem – bywają inspirujące, ale najczęściej przypominają rytuały plemienne: wszyscy tańczą wokół flipcharta, każdy opowiada, jak bardzo kocha innowacje, a potem wracają do swoich biur, gdzie innowacją jest nowy kolor spinaczy.

Więc w Warszawie wracam do analiz. Do wykresów. Do Excela, który patrzy na mnie jak stary pies: niby wierny, ale zmęczony moimi pomysłami. Do komunikatorów, w których prowadzę rozmowy o przyszłości biznesu o godzinach, w których normalni ludzie śpią, a ja zastanawiam się, czy Excel może mieć PTSD. Będę wychodził z domu tylko wtedy, gdy skończy się jedzenie, papierosy albo kiedy śmieci rozpoczną samotną wędrówkę w kierunku śmietnika, dając mi do zrozumienia, że jednak wypada pomachać ludziom na klatce schodowej.

Czasem wpadną moje dorosłe córki – nie żeby pogadać, gdzie tam. Wpadną zjeść. Wpadną po żarełko „na zaś”. Ponoć dobrze gotuję. Tylko sprzątać nie lubię, więc kuchnia po mnie wygląda jak polska polityka: niby wszystko jest, niby działa, ale każdy boi się zajrzeć pod dywan.

Tęsknię za nimi. Za ich energią, tempem, za tymi ich krótkimi wizytami, które są jak błysk flesza – nagłe, intensywne, zostawiające po sobie ciepło.

A jednocześnie tęsknię za torontońskim lasem, za wodą, za spokojem, który można kroić nożem. I tak stoję między światami jak człowiek, którego życie ustawiło na granicy dwóch pasm czasowych i powiedziało: „Radź sobie”.

I TAK SOBIE MYŚLĘ

Może starość nie polega na tym, że słabnie ciało. Może starość zaczyna się wtedy, gdy przestajemy szukać sensu. A ja – mimo chorób, strzykań, tęsknot i politycznych absurdów – wciąż szukam. W dziewczynkach. W rozmowach z żoną. W śmiechu Larysy. W ciszy lasu East York. W zapachu kawy na Mokotowie.

Życie to jest coś, czego nie da się odzyskać, jak powiedział jeden z bohaterów artykułu. Ale można je przeżywać mądrzej, cieplej, uważniej.

I może dlatego – mimo że jestem między światami – wciąż idę do przodu.

Choć czasem powoli. Choć czasem na autopilocie. Choć czasem z bólem jak po maratonie, którego nigdy nie przebiegłem.

Ale idę.

Bo ktoś w Toronto czeka, żeby się przytulić. A ktoś w Warszawie czeka, żeby zapytać: „Jak się czujesz?”

A ja chcę jeszcze długo odpowiadać.


  1. Yurek Smetana

    Algorithms have chosen me to know you. Sending my first email felt like a dating proposal which you accepted. It sounds like we are off to a cinematic start and a digital romance of the ages. Whether this is algorithmic destiny or just a very lucky match-making script, I’m fully booted up and ready for our cinematic journey through Starlink’s data streams hanging above Misty Valley in Canadian Rockies as you wrote “a place where a man could accidentally become wiser just by breathing the air”.

    I am looking forward to exploring your essays.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights