
W polityce istnieją awantury prawdziwe i awantury symboliczne. Te pierwsze wybuchają o pieniądze, władzę albo stanowiska. Te drugie zaczynają się od rzeczy pozornie niewielkich, ale wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że wcale nie chodzi o to, o co chodzi.
Tak właśnie wygląda dziś konflikt między Karolem Nawrockim a Jarosławem Kaczyńskim.
Formalnie poszło o wybór nowego pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Dla zwykłego człowieka brzmi to mniej więcej tak ekscytująco jak spór o skład komisji do spraw liczenia spinaczy w urzędzie wojewódzkim. Jednak w świecie PiS sprawa ma znaczenie ogromne. Sąd Najwyższy pozostaje jednym z ostatnich bastionów wielkiej wojny o państwo, którą prawica prowadzi od wielu lat. Każda nominacja jest tam traktowana jak przesunięcie dywizji na froncie. Każdy podpis urasta do rangi wydarzenia historycznego. Każde stanowisko staje się okopem, którego należy bronić do ostatniej kropli politycznego atramentu.
Jarosław Kaczyński miał w tej sprawie swoje oczekiwania. Nie ukrywał ich nawet specjalnie. Ludzie z jego otoczenia dawali do zrozumienia, że prezes wie najlepiej, kto powinien stanąć na czele Sądu Najwyższego. Problem polegał na tym, że Karol Nawrocki postanowił zrobić coś absolutnie niewybaczalnego. Postanowił zdecydować sam.
W normalnej demokracji nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Prezydent podejmuje decyzję, bierze za nią odpowiedzialność i podpisuje odpowiedni dokument. Koniec historii. Tyle że PiS nie jest normalną partią w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. To organizacja zbudowana wokół autorytetu jednego człowieka. Przez ponad dwadzieścia lat wszyscy nauczyli się tam jednego odruchu. Najpierw patrzy się na Nowogrodzką, a dopiero potem podejmuje decyzję.
Tym razem stało się odwrotnie. Kaczyński dowiedział się o wszystkim niemal w ostatniej chwili. Według relacji płynących z samego PiS na Nowogrodzkiej zapanowało autentyczne osłupienie. Nie dlatego, że wybrano człowieka szczególnie kontrowersyjnego. Nie dlatego, że zawalił się porządek konstytucyjny. Powód był znacznie bardziej przyziemny i przez to bardziej bolesny.
Prezes nie został wcześniej uprzedzony. Brzmi banalnie, ale tylko dla ludzi spoza tego świata. Dla Jarosława Kaczyńskiego było to mniej więcej tak, jakby właściciel teatru przyszedł na premierę własnego spektaklu i odkrył, że główny aktor zmienił zakończenie sztuki bez konsultacji.
Od tego momentu cała historia przestała dotyczyć Sądu Najwyższego. Zaczęła dotyczyć czegoś znacznie ważniejszego. Pytania, które od miesięcy krąży po prawicy niczym duch po starym zamczysku. Czy Karol Nawrocki nadal jest politycznym wychowankiem Jarosława Kaczyńskiego? Czy może właśnie rozpoczął proces emancypacji?
I tutaj zaczyna się część naprawdę zabawna. Przez lata PiS oskarżał przeciwników o centralizm, ręczne sterowanie i brak samodzielności. Prawica opowiadała o wolności, podmiotowości i odwadze. A kiedy jej własny prezydent postanowił zachować się jak samodzielny polityk, reakcja części działaczy przypominała zachowanie rodziców, którzy kupili nastolatkowi rower, a potem ze zdumieniem odkryli, że ten chce nim gdzieś pojechać bez ich zgody. I właśnie dlatego na Nowogrodzkiej zapanowała atmosfera przypominająca zebranie właścicieli akwarium, którzy odkryli, że złota rybka nauczyła się otwierać drzwi.
Z komentarzy płynących z partyjnych kuluarów można odnieść wrażenie, że trwa śledztwo porównywalne z poszukiwaniem sprawców zamachu stanu. Kto wpłynął na prezydenta? Kto go przekonał? Kto go „omisiował”? Kto go „otorbił”? Kto szepnął mu coś do ucha?
Politycy PiS analizują otoczenie Nawrockiego z pasją archeologów odkrywających starożytną klątwę. Każdy znajomy jest podejrzany. Każdy doradca jest potencjalnym sabotażystą. Każdy telefon staje się dowodem w sprawie.
Nikt nie dopuszcza najbardziej przerażającej możliwości, że może nikt go nie omisiował. Może po prostu sam podjął decyzję. Ta hipoteza wydaje się jednak tak szokująca, że wielu działaczy woli uwierzyć w tajny spisek masonów, kosmitów i Mateusza Morawieckiego. Zwłaszcza Morawieckiego.
W PiS istnieje osobliwa zasada zachowania energii politycznej. Jeśli wydarzy się coś niezrozumiałego, winny jest Morawiecki. Jeśli pada deszcz — Morawiecki. Jeśli rosną ceny truskawek — Morawiecki. Jeśli prezydent podejmuje własną decyzję — bez wątpienia Morawiecki. Gdyby jutro Wisła zmieniła kierunek biegu, specjalna komisja śledcza prawdopodobnie badałaby związki byłego premiera z hydrologią.
W całej tej historii najbardziej fascynujące jest jednak coś innego. Karol Nawrocki został przecież stworzony dokładnie po to, by nie powtórzyć błędów Andrzeja Dudy. Przez lata w PiS narastało przekonanie, że Duda zbyt mocno uwierzył w swoją niezależność. Zawetował ustawy. Toczył własne gry. Miewał własne zdanie. Jak na prezydenta wywodzącego się z partyjnego zaplecza było to zachowanie wręcz egzotyczne.
Kiedy więc pojawił się Nawrocki, wielu działaczy odetchnęło z ulgą. Oto człowiek spoza polityki. Historyk. Dyrektor instytucji państwowej. Człowiek, który miał być wdzięczny za awans i przewidywalny jak rozkład jazdy pociągu. Problem polega na tym, że nawet najbardziej przewidywalne pociągi czasem zmieniają tor.
Dzisiaj coraz więcej ludzi na Nowogrodzkiej patrzy na Pałac Prezydencki z niepokojem. Bo jeśli prezydent raz pokazał, że potrafi postawić na swoim, może zrobić to drugi raz. A potem trzeci. A potem dojść do niebezpiecznego wniosku, że urząd prezydenta nie jest filią partyjnej centrali.
Dla przeciętnego obywatela brzmi to jak oczywistość. Dla części działaczy PiS brzmi jak początek końca cywilizacji.
Trzeba przyznać, że jest w tym pewna ironia. Przez lata słyszeliśmy opowieści o silnym przywództwie, jedności obozu i żelaznej dyscyplinie. Tymczasem dziś ten monolit coraz bardziej przypomina rodzinny wyjazd do Ikei. Jedni zgubili się między regałami. Drudzy kłócą się o instrukcję montażu. Trzeci twierdzą, że wszystko idzie zgodnie z planem. A ktoś właśnie ogłosił, że sam złoży szafę i nie potrzebuje pomocy.
Patrząc na to wszystko, trudno oprzeć się refleksji, że największym problemem Jarosława Kaczyńskiego nie jest Donald Tusk. Nie jest nim nawet opozycja. Największym problemem prezesa od lat pozostają ludzie, których sam wynosi na szczyt. Wcześniej czy później każdy polityczny wychowanek odkrywa tę samą prawdę. Że bycie marionetką jest wygodne tylko do momentu, kiedy ktoś pokaże ci nożyczki, a wtedy nawet najgrzeczniejszy pajacyk zaczyna sprawdzać, czy przypadkiem nie potrafi chodzić o własnych siłach.
Być może właśnie dlatego na Nowogrodzkiej panuje dziś taki niepokój. Nie dlatego, że Karol Nawrocki zbuntował się naprawdę. Nie dlatego, że rzucił rękawicę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie dlatego nawet, że wygrał jakąś polityczną bitwę. Lecz dlatego, że po raz pierwszy od dawna ktoś w obozie prawicy przypomniał wszystkim starą, niewygodną prawdę. Najtrudniej kontrolować nie przeciwników. Najtrudniej kontrolować własne dzieła.

Dodaj komentarz