




Czwartek rano. Polityczny barometr w Polsce wskazuje jak zwykle na: „zagrożenie opadami absurdu, możliwy grad frazesów”. W tle drony rosyjskie, które łamią polską przestrzeń powietrzną jak politycy konstytucję – od niechcenia. A my znów stoimy nad wrakiem rakiety (tym razem z F-16), zastanawiając się, kto wiedział, kto nie wiedział, kto udaje, że nie wiedział i kto miał dostać notatkę, ale przez pomyłkę dostał pasjansa.
Wchodzi on – cały na biało, choć mentalnie w sepiach PRL-u – Karol I Nawrocki, prezydent w trybie obrażonym, jedyny i niepodzielny właściciel urzędu, który według własnych słów „nie został poinformowany w pełni”. I teraz się domaga. Raportów. Podań. Posłuchu. I koronacji, jak mniemam.
Przydacz, prezydencki cerber w wersji light, opowiada jakimś dziwnym szyfrem z epoki „Czterech pancernych”. Według niego notatka była, ale nie taka. Coś niby dotarło, ale tak nie do końca. Treść niejawna, odbiorca nieznany, ale pewne jest, że Nawrocki czuje się zlekceważony. Z punktu widzenia suwerena (czyli Kaczyńskiego) — zupełnie słusznie, bo komu potrzebny król, jeśli ma się już prezesa?
Cała sytuacja przypomina meksykańską telenowelę, tylko że bez muzyki, romansu i jakiegokolwiek talentu aktorskiego. Rakieta spada na dom w Wyrykach, rząd mówi „to nic”, prezydent mówi „halo, gdzie moje papiery?”, a Przydacz jak zacięty gramofon: „była jakaś notatka, ale nie taka jak trzeba”. Gdyby zamiast BBN-u siedziały tam gołębie pocztowe, może byłoby więcej konkretów.
Zresztą cały ten obóz Dudy 2.0, przepraszam, Nawrockiego, zaczyna przypominać Komitet Ocalenia Prezydenta Przed Rzeczywistością. Ludzie bez nazwisk, za to z urazami do całego świata, domagający się respektu, którego nikt im nie obiecał.
Na drugim biegunie tej farsy – Donald Tusk i jego ekipa, która mimo grzebania po rządowych szufladkach przez pół poprzedniej dekady, próbuje naprawdę coś ogarnąć. Tomasz Siemoniak, człowiek od służb, mówi prosto z mostu: „tak, to wygląda na naszą rakietę”. A nie: „była jakaś rakieta, ale nie była jednoznaczna, bo nie jestem jej adresatem”.
Tusk nie panikuje. Kosiniak-Kamysz, nasz wicepremier od broni i uścisków z Zełenskim, robi politykę na serio. Jedzie do Kijowa nie po zdjęcia, ale by rozmawiać. I nawet jak Zełenski palnął ostatnio coś mało dyplomatycznego o polskiej obronie, to K-K odpowiedział spokojnie: „niepotrzebne i nieprawdziwe”. Czyli nie jak prezydent – z fochami i notatkami pod pachą – tylko jak dorosły człowiek.
A Kaczyński? On wciąż liczy, że uda mu się rozbić Konfederację, oszukać fizykę polityczną i zbudować nowy rząd z samych siebie. Gdyby Kaczyński był mechanikiem, próbowałby naprawić silnik bez narzędzi, ale za to z modlitwą do Romana Dmowskiego i dziwną nadzieją, że jak bardzo się wkurzy, to coś samo zadziała.
Bo w jego świecie lepiej mieć 3 Braunów w Sejmie niż jednego Mentzena przy stole. A najlepiej, jakby wszyscy się pozagryzali i zostało tylko jedno miejsce – to na Nowogrodzkiej. Profesorowie mówią, że to się nie opłaca. Ale kto by tam słuchał profesorów? Jarosław ma przecież własny kalendarz polityczny, w którym obecnie mamy 2015 rok.
Tymczasem w tle rośnie sobie prezydent Nawrocki – polityczny Pokémon, który ewoluował z historyka w wannabe wodza. Marzy o tym, by być Ojcem Chrzestnym polskiej prawicy, tylko że nie ma jeszcze ani rodziny, ani nawet kapelusza. Ale za to ma złudzenia, że jak będzie mówił dostojnie, to reszta zapomni, że pochodzi z castingów PiS-u i nie potrafi otworzyć drzwi do gabinetu bez pytania prezesa o zgodę.
A gdzieś na peryferiach tej farsy Hołownia kona w ciszy, a Nowa Polska próbuje wejść na ring z opaską „nie jesteśmy wodzowscy”. No . No \u015wietnie, tylko kto w takim razie ma rozganiać konfetti i rzucać hasła? Samorządowcy? Tyszkiewicz? Frankiewicz? Brzmi to jak zarząd wspólnoty mieszkaniowej, a nie partia polityczna.
Trzaskowski się nie rusza, bo jeszcze liczy, że ludzie zapomnią o tym, że przegrał z Sikorskim w kampusie i teraz Radek buduje wokół siebie ruch jak z katalogu IKEA: polityczne szkieletowe meble, które każdy może sobie skręcić. Ale niestety – jak wiadomo – zbyt dużo paneli i śrubek, a za mało lidera z instrukcją.
Podsumowując, Polska 2025 to kraj, w którym prezydent czuje się niekochany, notatki są niejednoznaczne, drony latają gdzie chcą, a Kaczyński dalej sądzi, że jest Napoleonem, mimo że gra w warcaby sam ze sobą. Tuska stać na spokój, Kosiniaka na konkret, a Sikorskiego na bycie najbardziej znienawidzonym przez PiS człowiekiem w kraju – co jest, bądźmy szczerzy, tytułem godnym zazdrości.
Więc nie – spokoju nie będzie. Ale przynajmniej jest z czego się pośmiać. Nawet jeśli to śmiech przez zaciśnięte zęby, a rakieta wylądowała nie tam, gdzie miała.
Dedykuję ten felieton notatce, która nie była jednoznaczna i nikomu nie została doręczona. Spoczywaj w pokoju.

Dodaj komentarz