


Davos. Międzynarodowe forum, na którym elity świata udają, że wiedzą, co robią. A w tym roku – bonusowo – Donald Trump wystąpił jako samozwańczy Mesjasz Globalnego Pokoju. Wygłosił mowę, w której pomieszał NATO z ONZ, Grenlandię z Guantanamo, a słowo „pokój” z liczbą miliard (w domyśle: dolarów). I jak na czarodzieja od PR-u przystało, zrobił to wszystko z miną zbawcy świata i mimiką przedstawienia na Broadwayu.
W tym burleskowym widowisku pojawił się zresztą wątek polski. Nie, nie w formie propozycji pokojowej, ale jako kolejna anegdota do rubryki: „Polska w świecie, czyli jak wyglądać poważnie w kabarecie”. Bo oto Karol Nawrocki, człowiek tak barwny jak tapeta w biurze ZUS-u, został przez samego Trumpa pochwalony. Publicznie! Z nazwiska! Całkiem serio! Takie rzeczy nie zdarzają się często, szczególnie kiedy sam prezydent USA nie odróżnia Warszawy od Waszyngtonu, a Nawrockiego od nowoczesnej mikrofalówki.
Czemu Trump to zrobił? Bo umie grać. Bo wie, że polski prezydent to pionek w europejskim szach-macie, którego można wykorzystać, pogłaskać i oddelegować do niczego. W zamian za to Nawrocki pokornie przybył do Davos, ale nie podpisał żadnych dokumentów. Czyli zrobił to, co w jego przypadku najlepiej wychodzi: pokazał się i nie zrobił nic.
Do czasu.
Bo oto czwartek, popołudnie. Nawrocki, odziany w patriotyczny garnitur i minę kogoś, kto wreszcie znalazł zakurzony przycisk „historyczna decyzja”, wychodzi przed kamery i ogłasza: „Decyzja jest piekielnie trudna. Ale Polska rozważa dołączenie do Rady Pokoju”.
Nagle zrobiło się jak w telenoweli klasy C. Muzyka dramatyczna, zbliżenie na twarz, długa pauza, a w tle scena z Trumpem, który klepie Karola po ramieniu i mówi: „czekamy”.
Rada Pokoju, czyli nowy sezon geopolitycznego reality show: „Trump’s World Order”. W roli głównej – ego Donalda, w rolach drugoplanowych – Orban, Erdogan, Netanjahu i inni wielbiciele silnej władzy i jeszcze silniejszych kont bankowych.
Trump rozdaje krzesła w Davos jakby organizował wesele dla rodziny mafijnej. Dla Karola nie starczyło – ale dostał serdeczny uścisk i gwarancję, że „czekamy”. Tak, jakby świat miał czas. A przecież presja rośnie. USA chcą nas przy stole. Tylko nikt nie wie, czy to stół obrad czy rzeźniczy.
Warto dodać, że oprócz blasku kamer, konfetti i braw, są też koszty. Finansowe, polityczne i symboliczne. Trump obiecuje pokój, ale nikt nie wie, czy ma na myśli pokój jako „brak wojny”, czy pokój jako „pomieszczenie”. Bo do tego drugiego to wszyscy zostali wciągnięci: zamknięci w politycznym escape roomie, z Donaldem trzymającym jedyny klucz i rzucającym nim jak klaun nożem w cyrku.
Decyzja nie jest prosta. Nawrocki kombinował, jak nie zostać frajerem historii, ale też nie wyjść na nadgorliwego konfesjonałowego ministra. Zagrał ostrożnie: „Musimy to przemyśleć”. Czyli: „Pomóżcie, bo nie wiem, co robić”. MSZ wydał opinię nie wiadomo po co i nie wiadomo o czym. Rząd i Pałac mówią jednym głosem: „Nie teraz”.
To jedyny moment w historii najnowszej, kiedy PiS i PO, Tusk i Nawrocki, Przydacz i Sikorski potrafili zgodnie stwierdzić: „może lepiej się wstrzymać”.
I bardzo dobrze. Bo skoro przy stole siedzą też Putin i Łukaszenka (tak, Trump zaprosił wszystkich), to nagle robi się niezręcznie. Co dalej? Wspólne selfie? Toast za pokój z tymi, którzy pokoju nie potrafią nawet wymówić?
Nie grać roli dyplomatycznego przygłupa. Zamiast tego zagrali rolę wyczekującego ucznia, który nie zgłasza się do odpowiedzi, ale też nie wychodzi z klasy.
Ale w kraju, jak to w kraju, nie mogło obyć się bez narodowego folkloru. Bo gdy Nawrocki kontemplował, czy jego długopis jest gotów do złożenia podpisu, w partii Hołowni trwała operetka środkowo-europejska. Z rozpisaniem na frakcje, pucze, zdrady, dramaty i dramatyczne wpisy na platformie X.
Hołownia, jak król Artur nad trupem okrągłego stołu, apelował do swoich ludzi: „Opamiętajcie się!”. Bo w Polsce 2050 dzieje się rzeczywiście Polska 2050 – 50% pomysłu, 20% realizacji, 30% wewnętrznego chaosu. Druga tura wyborów wewnętrznych unieważniona, wiceprzewodnicząca Leo wyrzucona, Paweł Śliz zamienił się w marszałka sejmiku szlacheckiego, a Szymon zamilkł na spotkaniu, bo był zmęczony. Może przerwa na medytację. Albo szukał guzika od koszuli z napisem: „lider”.
Na tle tego wszystkiego Duda wraca jako klasyczny bohater drugiego planu. Tym razem z firmą o nazwie PAAD, której nazwa brzmi jak odgłos upadku polityka na beton. Z żoną w roli komandytariuszki, biznesem w stylu „coś pomiędzy coachingiem a doradztwem w sprawach wycieczek szkolnych” i udziałem kapitałowym, który wskazuje, że pani Agata inwestuje w męża nie tylko emocjonalnie, ale również rachunkowo.
A świat? A świat się przygląda, kiwa głową i zadaje jedno pytanie: czy Rada Pokoju Donalda Trumpa to rzeczywiście projekt dyplomatyczny, czy tylko nowy sezon „Apprentice: Geopolitical Edition”?
Podsumowując: Polska zagrała to dobrze. Hołownia gra to źle. Duda gra w Monopoly. A Trump? Trump jak zawsze: rozdaje karty, choć nikt nie wie, w jakiej grze gra.
Rada Pokoju. Trump przy stole. Polska przy telefonie. Historia na standbyu.
Ale przynajmniej guziki mamy wszystkie.
Tymczasem, po wszystkim, na konferencji prasowej Karol Nawrocki wszedł na scenę z miną weterana dyplomacji, który właśnie skończył bitwę z bardzo skomplikowanym formularzem. Zgodnie z zasadą: „byłem, ale nie podpisałem”, oznajmił światu, że Polska nadal rozważa, a on sam był tam tylko po to, by… nie podpisać. Dosłownie: „Byłem, a nie podpisałem.”
Wzruszające. Takiego heroizmu nie widziano od czasu, gdy ktoś odważył się wyjść z McDonalda bez zamawiania frytek. Nawrocki podkreślił, że decyzja nie była jego samotnym lotem na dyplomatycznej paralotni, lecz efektem wspólnej decyzji z Donaldem Tuskiem. Premier również przyklasnął i napisał w internecie, że wszystko zgodnie z rekomendacjami rządowymi, że kontakt osobisty, że efekty dobre i w ogóle ręka w rękę. Jak w bajce o dwóch panach, co się nie lubią, ale razem zrobili coś niegłupiego.
Problem w tym, że cała ta współpraca opierała się na analizie MSZ, która była – jak to ujął Marcin Przydacz – „czterozdaniowa”. To mniej niż skład pizzy hawajskiej. Żadnej jednoznacznej rekomendacji, tylko: „ciekawe, ale poczekajmy”. Można się zastanawiać, czy to analiza, czy po prostu notatka służbowa pisana w windzie.
Tymczasem Trump rozdaje światu pokój jakby to były zniżki na Black Friday. Rada ma kosztować miliard dolarów, a wygląda jak jego osobista wersja ONZ bez kłopotliwych procedur i ludzi, którzy potrafią mówić w więcej niż jednym języku. I tak oto Polska dostała zaproszenie do klubu, w którym Putin i Łukaszenka siedzą przy barze, a Viktor Orban już podpisał członkostwo i zamówił drinka z parasolką.
Czy Polska dołączy do tego geopolitycznego koła gospodyń wiejskich z ambicjami supermocarstwa? Nie wiadomo. Ale przynajmniej przez chwilę wyglądało to, jakby prezydent i premier rzeczywiście współpracowali. I już to samo zakrawa na cud.
Na razie.

Dodaj komentarz