

Na wstępie – jeśli ktoś jeszcze wierzy, że Władimir Putin i Donald Trump to polityczni adwersarze, a nie duet godny spin-offu House of Cards zatytułowanego „Friends With Benefits”, to zapraszam na szybką kąpiel w oceanie rzeczywistości. Rzeczywistości, w której dyplomacja wygląda jak kabaret, broń strategiczna jak żeton w kasynie, a honor międzynarodowy jak kawałek plastiku w pralce.
WIZYTA ZEŁENSKIEGO, CZYLI JAK ZEPSUĆ WSZYSTKO JEDNYM TELEFONEM
17 października miała miejsce scena godna oscarowego scenariusza. Do Białego Domu zbliża się Wołodymyr Zełenski, gotów na rozmowy o Tomahawkach – tych pociskach, które mają zasięg 2500 kilometrów i potrafią przestraszyć każdego, kto ma coś do ukrycia w Moskwie. Tyle że dzień wcześniej dzwoni Putin. A kiedy Putin dzwoni, Trump odbiera. A kiedy Trump odbiera, cały misterny plan idzie tam, gdzie poszła jego reputacja po ataku na Kapitol.
Rozmowa dwóch egomaniaków trwała dwie i pół godziny – co daje nam szczyt dyplomacji w erze TikToka. Po niej Trump stwierdził, że „porozumienie nie może zostać osiągnięte, bo Zełenski ma złą krew z Putinem”. Serio? To brzmi jak porada z magazynu Bravo Girl, nie jak analiza konfliktu zbrojnego.
W tym samym czasie – literalnie – Rosja przypuściła kolejny zmasowany atak rakietowy na Ukrainę. Dialog, mówił Trump, musi być konstruktywny. Na tle płonących ukraińskich bloków brzmiało to jak stand-up. Ale nie taki dobry. Bardziej jak występ pijanego wujka na komunii.
BUDAPESZT – NOWA JAŁTA DLA IDIOTÓW
Trump i Putin mają spotkać się w Budapeszcie. Wybór miejsca to nie przypadek – Viktor Orbán, dyplomatyczny Robin Hood Wschodu, który zabiera europejskie ideały i oddaje je Rosji, z uśmiechem macha z lotniska. Dla Europy to policzek. Dla Putina – klasyczna gra na czas. Dla Trumpa – szansa, żeby znowu poudawać, że rozwiązuje konflikty światowe, których nie rozumie.
Co ustalą? Zapewne, że pokój jest dobry, wojna zła, a Melania piękna. Przy okazji Ukraina dostanie rekomendację, by „przemyślała swoje zachowanie”. Bo przecież to ofiary zawsze powinny ustępować, prawda?
TOMAHAWKI, KTÓRYCH NIE MA, I PIENIĄDZE, KTÓRYCH NIE BĘDZIE
Trump ogłosił, że USA nie oddadzą Ukrainie Tomahawków, bo mają ich za mało. A tak naprawdę: bo Putin powiedział, że ich nie lubi. Wersja oficjalna: nie oddajemy. Wersja praktyczna: sprzedajemy, ale nie my, tylko Europejczycy. Czyli – klasyka z lat 90.: amerykanizacja zysków, europeizacja kosztów.
Dorzucając wisienkę na tym geopolitycznym torcie – Indie, drugi po Chinach importer rosyjskiej ropy, według Trumpa już nie będą jej kupować. Według Indii – będą. Według Putina – kupują jeszcze więcej. Modi – milczy. A my oglądamy najdłuższy skecz dyplomatyczny świata, w którym wszyscy kłamią, ale nikt nie wychodzi z kadru.
UKRAIŃCY WALCZĄ, POLITYCY PLOTĄ GŁUPOTY
A UNIA EUROPEJSKA – CICHY BOHATER W ŚWIECIE KLOWNÓW
Na szczęście, w tej burlesce geopolitycznej jest też aktor, który mimo wszystko robi coś więcej niż selfie z flagą. Mowa o Unii Europejskiej, która – choć często rozkojarzona, zbyt powolna i targana wewnętrznymi fochami – tym razem stara się zagrać w drużynie zdrowego rozsądku.
Podczas gdy Trump zmienia zdanie częściej niż fryzjer zmienia pelerynki, UE przygotowuje pakiety wsparcia dla Ukrainy: 140 miliardów euro z zamrożonych rosyjskich aktywów, 19. pakiet sankcji, broń, amunicja, szkolenia. Nawet Belgowie, zazwyczaj rozmarzeni nad piwem i frytkami, postanowili nie blokować planów Komisji Europejskiej. I to coś znaczy.
Ursula von der Leyen, Macron, Scholz, a nawet włoska Meloni – wszyscy mówią jednym głosem: „Nie oddamy Ukrainy za uścisk dłoni z Putinem.” Ba, powstała nawet „koalicja chętnych”, czyli państwa, które chcą dawać więcej, szybciej i skuteczniej. Nie z litości – ale z instynktu samozachowawczego.
Bo jeśli dziś Ukraina upadnie, jutro Litwa może być następnym sezonem w tym marnym serialu. A nikt nie chce oglądać, jak Putin nagrywa sequel w Wilnie.
Czy UE się spóźnia? Tak. Czy czasem bełkocze? Tak. Ale przynajmniej nie rozmawia z Putinem jakby ten był zaproszonym gościem na garden party. I nie pisze o „dobrej rozmowie” z człowiekiem, na którego ciąży międzynarodowy nakaz aresztowania.
W tej grotesce to już coś.
Zełenski wraca z USA z pustymi rękami, a Europa drży, że Trump znów coś wymyśli. Jak na przykład pomysł, by wojna się zakończyła na obecnej linii frontu, czyli tak, żeby Rosja zatrzymała 78% Donbasu. Europa próbuje ratować sytuację: kolejne sankcje, zamrożone rosyjskie aktywa, broń. Ale niech ktoś powie głośno – Trump wróci do Białego Domu, Putin będzie miał większy wpływ na Waszyngton niż CNN na emeryta z Florydy.
WNIOSEK? NIE LICZ NA SUPERBOHATERA Z PERUKĄ
Putin wie, że Zachód się męczy. Dlatego wchodzi jak do siebie – najpierw telefonem, potem rakietą. Trump zaś chce być jednocześnie Batmanem i Jockerem. Niby ratuje, ale jednak wszystko pali. I jeśli Europa się nie obudzi, znów ktoś będzie musiał za nią ginąć.
Niech więc będzie jasne: Putin nie chce pokoju. Chce pauzy. A Trump nie chce wojny. Chce show.
A Ukraina? Ukraina walczy. I to jedyny powód, dla którego wschodnia granica Europy jeszcze istnieje.
PS. Jeśli Melania rzeczywiście ratuje ukraińskie dzieci, to ja jestem Święty Mikołaj. Tylko mój worek ma mniej dziur niż moralność panów z Budapesztu.

Dodaj komentarz