
Polska to jedyny kraj, w którym polityk potrafi wyprodukować miliardy z niczego — a obywatel płaci za to gotówką.
Najpierw była scena.
Nie polityczna, nie telewizyjna, tylko taka zwyczajna, z życia: człowiek stoi w kolejce do lekarza, patrzy na numer w systemie i widzi, że jest czterdziesty ósmy, choć przyszedł o szóstej rano, i wtedy nagle rozumie, że żyje w kraju, w którym czas płynie inaczej — wolniej dla pacjenta, szybciej dla polityka.
I w tym samym czasie, gdzieś w Warszawie i trochę w głowach decydentów, ktoś wpada na pomysł, jak sfinansować armię ze złota, którego jeszcze nie sprzedał, którego ceny nie zna i którego — jak się okazuje — nawet rynek przestał traktować jak świętość.
Bo złoto, proszę państwa, zaczęło się zachowywać jak wyborca po kampanii — najpierw wierzy, potem liczy, a na końcu odkrywa, że został wpisany do budżetu jako „przychód warunkowy”. Spada. Topnieje. Rozpuszcza się w rzeczywistości.
I nagle z tych pięknych miliardów robi się mniej. Już nie 197, tylko około 160. Papierowy zysk znika szybciej niż polityczna odwaga po wyborach.
A gdzieś obok stoi Adam Glapiński i tłumaczy z powagą, że to wszystko ma sens, tylko trzeba dobrze spojrzeć. Najlepiej z daleka. Najlepiej przez szybę gabinetu. Z bardzo grubego szkła — takiego, które tłumi dźwięk pękającej iluzji.
Karol Nawrocki stoi nad tym wszystkim jak uczeń, który właśnie odkrył, że ściągał z niewłaściwej kartki i jeszcze się tym pochwalił nauczycielowi. Podpisuje dziesiątki nominacji oficerskich, ale gdy chodzi o tych podległych MSWiA — nagle ręka mu się zatrzymuje. Państwo jako zeszyt w kratkę: tu wpiszę, tu skreślę, tu dopiszę przypis, że jednak nie.
I dał się wpuścić w tę polityczną pułapkę z taką łatwością, że aż dziw bierze, czy to brak wyczucia, czy nadmiar wiary we własny scenariusz pisany na kolanie.
A Donald Tusk patrzy na to z boku jak szachista, który nie musi już wykonywać ruchu, bo przeciwnik sam przewrócił własnego króla i jeszcze przeprosił za bałagan.
Bo kiedy system ochrony zdrowia zaczyna się chwiać, kiedy NFZ przypomina studnię bez dna, kiedy kolejki rosną szybciej niż inflacja, nagle pojawia się prezent — weto.
Nie byle jakie. Polityczne złoto.
Tusk bierze je w ręce, obraca, uśmiecha się i mówi: proszę bardzo, oto człowiek, który zablokował pieniądze na bezpieczeństwo, tańsze finansowanie z UE i jeszcze zrobił to dwa razy.
I jedzie w Polskę. Od fabryki do fabryki. Od hali do hali. Od mikrofonu do mikrofonu.
I opowiada historię tak prostą, że aż genialną: chciałem wam dać pieniądze, ale prezydent nie chciał.
I ludzie słuchają. Bo lubią proste historie. Zwłaszcza takie, w których winny jest ktoś inny.
A w tle Jarosław Kaczyński, jak stary reżyser, ustawia scenę pod kolejną część spektaklu, walcząc o prawą ścianę z Konfederacją, jakby polityka była licytacją, kto głośniej krzyknie „nie” do Europy.
I nagle robi się teatr. Na scenę wychodzą Kaczyński i Nawrocki.
I wtedy Nawrocki improwizuje tak skutecznie, że wywraca scenografię, przewraca reflektory i podpala własny scenariusz.
Kaczyński patrzy chwilę, milczy, po czym mówi:
— Plan był inny, ale skoro się pali, to powiedzmy, że to ogień patriotyzmu.
Publiczność patrzy. I już się nie śmieje. Bo zaczyna rozumieć, że to nie jest teatr. To jest instrukcja obsługi państwa pisana na kolanie i poprawiana długopisem.
A gdzieś obok Włodzimierz Czarzasty robi rzecz zupełnie niepolską — czyta przepisy. Odkłada projekt do analiz, nie nadaje mu numeru, mówi o artykule 221 konstytucji i psuje zabawę tym, którzy uznali, że budżet można pisać jak post w mediach społecznościowych.
I nagle okazuje się, że prawo istnieje.
I że inicjatywa budżetowa to nie jest konkurs kreatywności.
A minister Domański, na GPW, wśród garniturów i wykresów, opowiada o 100 miliardach kapitału do 2040 roku i mówi rzecz jeszcze bardziej niebezpieczną: że blokowanie europejskich mechanizmów finansowania jest sprzeczne z interesem państwa.
GPW w tym czasie przypomina targowisko próżności: jedni liczą miliardy, drudzy rozdają nagrody, trzeci udają, że wszystko jest pod kontrolą, a gdzieś między nimi krąży pytanie, czy te pieniądze są jeszcze prawdziwe, czy już tylko opowieścią.
W Polsce nie ma kryzysu finansów publicznych. Jest tylko różnica między tym, co politycy wpisują do Excela, a tym, co obywatel widzi na rachunku. I ta różnica nazywa się rzeczywistość.
A tymczasem sądy robią coś jeszcze gorszego — przypominają politykom, że rzeczywistość istnieje. NSA mówi: wpisujcie małżeństwa jednopłciowe do rejestru. I nagle okazuje się, że prawo to nie jest pogląd. To obowiązek.
I wtedy wychodzimy poza Polskę.
Trump obraża sojuszników, nazywa NATO papierowym tygrysem, grozi wyjściem i jednocześnie oczekuje, że wszyscy będą mu pomagać. Człowiek, który prowadzi politykę jak reality show, w którym każdy odcinek kończy się krzykiem i zerwanym sojuszem.
Ropa po 116 dolarów. Gaz drożeje. Ataki na Katar. Cieśnina Ormuz jako punkt zapalny świata.
A inwestorzy uciekają do gotówki, sprzedając nawet złoto, które miało być ostatnią deską ratunku.
I nagle okazuje się, że największe zagrożenie dla globalnej gospodarki nie płynie z Iranu ani z Rosji, tylko z chaosu decyzji jednego człowieka i jednego systemu, który się rozszczelnia.
Świat się rozpada nie z hukiem, tylko zgrzytem.
Dubaj przestaje być folderem reklamowym globalizacji, a zaczyna przypominać lotnisko bez lotów.
I wtedy wracamy do Polski.
82 procent Polaków chce być w Unii, ale polityka próbuje im tłumaczyć, że może jednak nie.
Bruksela nie może dogadać się z Orbánem w sprawie 90 miliardów dla Ukrainy, ale jednocześnie mówi: pieniądze i tak będą. Bo Europa, wbrew politykom, działa.
A Polska stoi gdzieś pośrodku. Z jednej strony rosnące ceny. Z drugiej strony rosnące ambicje. I gdzieś między tym wszystkim obywatel, który zaczyna liczyć.
I dochodzimy do finału. Śmiech jeszcze chwilę brzmi. Ale już ciszej. Bo rachunki rosną. Ceny rosną. Niepewność rośnie. A politycy wciąż grają.
I wtedy dociera ta jedna prawda: że w Polsce polityk może się pomylić, może się ośmieszyć, może nawet wszystko zepsuć — i nic się nie stanie. Bo jedyną karą jest to, że zapłaci za to ktoś inny. Zawsze ktoś inny. Najczęściej ten, który właśnie udostępnia ten tekst, najpierw się śmieje, potem milknie, a na końcu orientuje się, że nie czytał felietonu — tylko własny akt oskarżenia. I że nie jest widzem. Jest stroną postępowania. Bez prawa do odwołania.
I tylko gdzieś z boku ktoś jeszcze mówi, że nawet Chuck Norris przegrał z czasem.
A nasi politycy wciąż wierzą, że wygrają z rzeczywistością.

Dodaj komentarz