
Kiedy PSL mówi, że ma plan, to wiadomo, że nie chodzi o program polityczny. Raczej o plan stołów na dożynkach albo mapę dojazdu do najbliższego urzędu gminy, gdzie jeszcze nie obsadzono wszystkich stanowisk kuzynami. Bo przecież ludowcy zawsze mieli jedną zasadę: jeśli wójt, starosta i prezes spółki wodociągowej nie są z PSL-u, to znaczy, że wybory były sfałszowane.
A więc – partia stu dwudziestu tysięcy stanowisk, pięciu procent poparcia i jednego pomysłu na wszystko: „Z kimś pójdziemy”. Bo PSL to nie partia polityczna – to firma eventowa od koalicji. Raz z PiS-em, raz z PO, raz z Hołownią, raz z Bogiem i tradycją, ale zawsze z benefitem dla swoich. Gdyby Kosiniak-Kamysz był kelnerem, to codziennie przynosiłby danie dnia z uśmiechem i pytaniem: a z kim dziś podać?
TRADYCJA, KTÓRA SMARUJE
Ruch ludowy ma 130 lat – i to widać. Niektóre twarze na kongresach wyglądają, jakby pamiętały jeszcze Wincentego Witosa osobiście, a inne – jakby dopiero co zeszły z TikToka. To jedyna partia, w której młodzieżówka to ludzie po pięćdziesiątce, a „młode pokolenie” kończyło studia przed wejściem Polski do NATO.
Kosiniak-Kamysz, jak przystało na lekarza, utrzymuje tę polityczną mumię przy życiu: czasem zastrzyk z koalicji, czasem kroplówka z ministerstwa, czasem reanimacja w remizie. I pacjent wstaje, lekko chwiejnym krokiem, by znów obiecać elektoratowi, że „wieś będzie silna”. Silna – owszem. Zwłaszcza jeśli na jej czele stoi dyrektor, radny, prezes i żona dyrektora, radnego, prezesa.
Z KIMŚ, ALE NIE WIADOMO Z KIM
Oficjalnie PSL rozważa samodzielny start. Nieoficjalnie – rozważa, kto zapłaci za billboardy. Historia uczy, że ludowcy samodzielnie startują tylko wtedy, gdy wiedzą, że nie mają szans, albo gdy ktoś im nie oddzwonił.
Kiedyś z PO, potem z Kukizem (tak, to nie był koszmar, to się naprawdę wydarzyło), potem z Hołownią, teraz może z jakimś „Ruchem Samorządowym Bezpartyjnych Wójtów, Burmistrzów i Szefów Zakładów Komunalnych”. PSL to polityczny Velcro – przyczepi się do każdego, kto przejdzie wystarczająco blisko i ma budżet wyborczy.
KOSINIAK I JEGO DWUKADENCYJNOŚĆ
Największym projektem PSL-u jest dziś walka z dwukadencyjnością w samorządach. Bo jak wiadomo, nikt tak dobrze nie zna potrzeb gminy jak ten, kto rządzi nią od 1998 roku.
Ludowcy przekonują, że doświadczenie jest wartością. To prawda – nie ma to jak wielopokoleniowa tradycja w zarządzaniu budżetem sołeckim. Wójt, który zna każdego wyborcę po imieniu, bo z połową siedział w podstawówce, z drugą w radzie nadzorczej.
Zniesienie dwukadencyjności to nic innego jak rządowy program „Emerytura? A po co?”, tyle że w wersji gminnej. Bo przecież jeśli PSL coś potrafi, to wydłużać kadencje, utrwalać wpływy i dbać o miejsca pracy – własne.
KOALICYJNY KAMIEŃ FILOZOFICZNY
Trzeba jednak oddać ludowcom sprawiedliwość – oni naprawdę potrafią przetrwać wszystko. Rząd z SLD? Był. Z PO? Był. Z PiS-em w terenie? Oczywiście. To kameleony w garniturach z targu powiatowego – zawsze dostosowani, zawsze gotowi, zawsze w centrum.
Ich dewiza to: „nie ma stałych sojuszy, są tylko stałe diety.”
A Kosiniak-Kamysz, z tą swoją aptekarską cierpliwością, raz po raz miesza miksturę z poparcia, przyzwoitości i marketingu. I choć sondaże pokazują 4,1%, on mówi: „spokojnie, my zawsze pod progiem, a potem – pyk – wchodzimy”.
To prawda. Z PSL-em jest jak z kotem w ciemności – zawsze spadnie na cztery łapy, choć nikt nie wie jak.
TUSK, BRAUN I INNE ZJAWISKA METEOROLOGICZNE
Donald Tusk patrzy na PSL z lekkim uśmiechem, takim jak do wujka, który zawsze coś pokręci, ale przynajmniej nie narzeka przy stole. Premier wie, że bez ludowców łatwiej rządzić, ale z nimi – weselej. Bo przecież ktoś musi reprezentować Polskę Sołecką, Powiatową i Ziemniaczaną.
Po drugiej stronie politycznej mapy Grzegorz Braun krzyczy, że diabeł, masoni i Żydzi czają się w Ministerstwie Kultury, a PSL w tym czasie spokojnie sadzi ziemniaki i pisze ustawę o repolonizacji gospodarki. Braun odprawia egzorcyzmy w Sejmie, a Kosiniak-Kamysz – konferencje prasowe. Jeden pryska wodą święconą, drugi – wdziękiem. I chwała Bogu, bo przy Braunie nawet komitet wyborczy kół gospodyń wiejskich wygląda jak Europejska Partia Ludowa.
Braun chce „ratować duszę narodu”, PSL – „ratować miejsca pracy w agencjach rolnych”. To różnica jak między piorunem a żarówką: oba świecą, ale tylko jedno daje ciepło. I tylko jedno ma szansę przetrwać zimę.
NA KONIEC – KUCHNIA POLITYCZNA
PSL to taka partia, której nie da się nie lubić. Można się śmiać, można drwić, ale oni naprawdę są jak barszcz z uszkami – zawsze na stole, choć nikt nie pamięta, kto go zamówił. W polityce to rzadki talent: być potrzebnym, choć nikt nie wie, po co.
Więc kiedy w 2027 roku Kosiniak-Kamysz ogłosi nową koalicję – może z PSL, może z PSL 2.0, a może z Klubem Emerytów Samorządowych – nikt się nie zdziwi. Bo PSL to nie partia.
To stan skupienia.
Wieczny, lepki, koalicyjny.
Zawsze gotowy do rozmowy.
I zawsze przy korycie.

Dodaj komentarz