



Marcin Przydacz, człowiek z zawodu „twarz zła koniecznego”, znów przemówił. A raczej — wybełkotał coś z pełnymi ustami wazeliny, jakby był na etacie u Trumpa, nie w Pałacu Prezydenckim. W odpowiedzi na haniebne, poniżające i pełne ignorancji słowa Donalda Trumpa o wkładzie sojuszników NATO w wojnę w Afganistanie, cały świat aż się zagotował. Premier Wielkiej Brytanii — wściekły. Donald Tusk — z klasą i pamięcią. Sikorski — celnie, jak zwykle. A Marcin? Marcin… pogłaskał Trumpa po złotym czółku i zacytował, jak to amerykański potentat kłamstw nazwał polskich żołnierzy „great warriors”. Cudownie. Można się wzruszyć.
Z tą różnicą, że Trump mówi, co mu akurat spadnie z sufitu ego, a jego opinia o sojusznikach była równie potrzebna, co piąte koło u ruskiej taczki. I właśnie wtedy, kiedy trzeba było pokazać kręgosłup (choćby taki z IKEA, składany), Przydacz włączył tryb „obrońca uczuć Trumpa”. Niby szef Biura Polityki Międzynarodowej, a mentalnie chłopiec do podawania ręczników przy hotelowym basenie.
Powiedzmy to jasno: Trump opluł pamięć o żołnierzach, którzy polegli z dala od domu — w tym 44 Polakach. Podważył jedyny przypadek użycia artykułu 5. NATO w historii. Powiedział, że reszta świata nic nie robiła. Co robi Przydacz? Odpala fanfik, w którym Trump tuli Polskę jak swojego ulubionego burgera. I to wszystko, bo przecież trzeba bronić godności… Donalda Trumpa.
Gdzie był prezydent Nawrocki? A, tak. Nigdzie. Bo jego ulubiony showman właśnie opluł sojusz i pamięć o tych, których Nawrocki powinien bronić. Ale cóż, kiedy miłość do Trumpa przekracza miłość własną. Wstyd? Ha! Gdyby Nawrocki potrafił się wstydzić, nie byłby Nawrockim.
Cała ta sytuacja to nie tylko kompromitacja — to dyplomatyczna żenada na poziomie telenoweli z TV Republika. Przydacz, który jeszcze niedawno tłumaczył światu, że białe jest czarne (w zależności od przekazu dnia), dziś wyciera sobie usta opowieściami o Trumpowych „wielkich wojownikach”. To jakby po policzku od mistrza boksu mówić, że „no ale przynajmniej mnie zauważył”.
Polscy żołnierze zginęli w Afganistanie, bo byli wierni sojuszom, a nie dlatego, że Trump miał ochotę ich pochwalić przy lunchu. I nikt — NIKT — nie ma prawa mówić, że trzymali się z tyłu. Niech Trump powie to rodzinom tych 44, którzy nie wrócili. A Przydacz niech spróbuje powtórzyć swoją wazelinową tyradę na którymś z cmentarzy wojskowych.
To nie był tylko brak odwagi. To był akt politycznej prostytucji — z uśmiechem, we fraku, z tłumaczeniem, że „to dla dobra kraju”. A wszystko po to, żeby nie zdenerwować człowieka, który nie wie, gdzie leży Polska, ale wie, że lubi być podziwiany. Idealny idol dla Nawrockiego, z Przydaczem w komplecie.
Polityka zagraniczna według tej bandy to nie dyplomacja. To casting do roli podnóżka. I właśnie to widzieliśmy: Przydacz jako mebel, Nawrocki jako tapeta, Trump jako klaun na tronie z ego.
Kiedyś historia będzie ich rozliczać. Ale póki co, zróbmy to my. Śmiechem, szyderą i pamięcią o tych, których opluto w białych rękawiczkach.

Dodaj komentarz