
Ten piątek nie daje odetchnąć.
Dziś rano przyszła wieść o śmierci Mirka Chojeckiego, mojego przyjaciela i towarzysza z najważniejszych życiowych rozdziałów. A teraz – kolejny cios.
Zmarł profesor Adam Strzembosz.
Człowiek, którego uważałem za autorytet. Taki prawdziwy, nie ceremonialny. Autorytet z krwi, kości i sumienia.
Niełatwo mi o nim pisać w czasie przeszłym. Nie tylko dlatego, że odszedł. Ale dlatego, że dla mnie – jak dla wielu – był czymś więcej niż sędzią, prawnikiem, uczonym. Był kompasem.
W czasach, gdy prawo traciło godność, on ją przywracał.
W czasach, gdy władza rozpychała się łokciami, on stawał po stronie równowagi.
W czasach, gdy wielu milczało – on mówił.
Urodził się w 1930 roku w Warszawie. Przeszedł przez piekło wojny, był uczniem tajnych kompletów, synem pokolenia, które znało cenę odwagi. A potem – konsekwentnie – budował to, co nazywał państwem prawa. Nie teorią. Nie pustą konstrukcją. Prawdziwym, obywatelskim fundamentem, w którym sprawiedliwość nie ma barw partyjnych, a uczciwość nie podlega głosowaniu.
W latach 80. był doradcą Solidarności. Po 1989 roku – wiceministrem sprawiedliwości w rządzie Mazowieckiego, potem pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego wolnej Polski. Ale nie chodzi o stanowiska. Chodzi o to, co z nich robił.
Był jednym z tych, którzy nie pomylili sprawiedliwości z odwetem. Kiedy po 1989 roku domagano się czystki wśród sędziów z czasów PRL-u, powiedział:
„Sądy muszą być oczyszczone przez samych sędziów.”
I postawił na etykę. Nie na rewolucję.
Wielu go za to krytykowało. Jedni mówili: za miękki. Inni: za naiwny.
A on trwał – spokojnie, mądrze, z przekonaniem, że demokracji nie buduje się na ruinach, tylko na odpowiedzialności.
Był profesorem KUL-u. Wychował pokolenia prawników. I zostawił ślad – nie w gablotach z dyplomami, tylko w sumieniach tych, którzy jeszcze dziś mówią: „Chciałbym być jak Strzembosz, kiedy przyjdzie moment próby”.
Nie raz w ostatnich latach zabierał głos. Mówił o łamaniu Konstytucji. O podporządkowywaniu sądów władzy politycznej. O tym, że niezależność wymiaru sprawiedliwości to nie fanaberia elit, tylko podstawowy warunek tego, by obywatel nie był bezbronny.
I nie mówił tego w tonie moralnej wyższości. Mówił jak człowiek, który pamięta, czym kończy się bezprawie.
Dla mnie jego głos był ważny. W chwilach, gdy miałem wątpliwości, gdy świat pękał na pół, gdy język polityki zamieniał się w pałkę – jego stanowisko przypominało, że można inaczej. Że przyzwoitość to nie abstrakcja, tylko postawa.
Nie miał w sobie nic z politycznego krzykacza. Nie flirtował z partiami. Nie szukał kamer.
A mimo to – albo właśnie dlatego – słuchali go wszyscy, którzy jeszcze potrafili odróżnić służbę od kariery.
Dziś odszedł.
Po cichu, bez fanfar.
I jakoś to pasuje do niego – że nie potrzebował wielkich pożegnań.
Bo najwięcej zostawił nie w nagłówkach, tylko w nas.
Panie Profesorze,
dziękuję. Za głos, którego tak brakowało, kiedy wszyscy zaczęli krzyczeć.
Za opór bez agresji. Za odwagę bez teatralności. Za mądrość bez wyższości.
Niech Pan odpoczywa.
Nam tu jeszcze długo będzie brakowało takich ludzi.

Dodaj komentarz